czwartek, 14 marca 2019

W marcu jak w garncu.

W marcu zycie znów nabrało rozpędu i z wywieszonym językiem staram się za nim nadążyć. Kolejne zmiany, jedne planowane, drugie mniej, gonią się wzajemnie, a ja potrzebuje dnia na kanapie, z książką, dobrą kawą i kocem, ewentualnie z przerwą na psi spacer, zamiast kolejnego ganiania z miejsca w miejsce.
Nie wiem jak Wy, ale pomysł niedziel niehandlowych jest dla mnie tak trafiony jak piąte koło u wozu. Przez to nie mam czasu w sobotę na nic, zwłaszcza na odpoczynek, bo z K. staramy się ogarnąc i dom, i pranie, i psa, i zakupy na raz, a jeszcze wieczorem nadrobić towarzyskie zaległości. Efekt - opłakany. Wstajemy wcześnie, zeby chociaż śniadanie zjeść na spokojnie, bo w niedzielę zwykle o 9 jedziemy do stajni, więc z automatu jesteśmy dość wczesnie na nogach. A do tego - pogoda nie rozpieszcza, w marcu faktycznie, jak w garncu. Liczę zatem na ciepla, 17stopniową sobotę tudzież niedzielę ;)

Tymczasem zaczęło się przesilenie, więc większość wieczorów (póki z allie nie dojdzie kolejny obraz do smarowania) spędzam pod kocem po spacerach oglądajac ostatnio The Crone. Pies drzemie, lub przekupiony smakowitą kością z końskiej skóry (która kosztuje mnie dużo więcej, niż tylko pieniądze, ale nie uczula..) próbuje nas zaczepiać. W Ikei dwa tygodnie temu dorwaliśmy cud lampkę, dającą ciepłe, przytłumione, żółte światło, w dziwny sposób rekompensującą pochmurny dzień na zewnątrz i jeszcze za wczesny wieczór. W promocji, ostatnia sztukę złapalismy za 27 zł :)

Wczoraj pojechałam w końcu do fryzjera opanowac swoje włosy i po raz pierwszy nadać im nieco innego koloru. Oczywiscie stchórzyłam - wiec wróciłam obcięta i nieco rozjaśniona (latem moje włosy poddają się promieniom słonecznym i same z siebie tak wyglądają) oraz zadowolona. Każdemu i każdej polecam Kobus Hairstyle w Łodzi, gdzie w rozsądnej cenie Mateusz czaruje na głowach, a do tego potrafi nieco pięknie pośpiewać nad uchem :)


Ze zmian zrobiłam w lutym upragniony tatuaż, w studio Gorilla, które też ogromnie polecam, zwłaszcza Andrzeja, który jest świetnym kompanem do rozmowy, nie tylko dziarania :)
A w ostatni weekend popełniłam auto, totalnie nieplanowanie i przy pomocy przyjaciół, za których codziennie dziekuje wszelakim borom tucholskim. Stalam sie wlascicielka toyoty, z którą mam zamiar zżyć się na dobre i złe na najbliższe, conajmniej, 2-3 lata. Tym samym ford będzie wystawiony na sprzedaż w najbliższym czasie i miętuskowa przygoda dobiegnie końca.
Powiem szczerze - sprzedaże i kupna aut są jedną z najbardziej stresujących rzeczy w zyciu dla mnie.

W sobotni poranek czesto odbywa się krojenie psiego kurczaka przez K.
Oznacza to, że Bajer po porannej drzemce ma misję - hipnotyzowanie i wyłudzanie ewentualnych resztek i okruszków. Z lewej, z prawej i nie zważajac na żadne przeszkody...

Jestem!    
Z lewej jestem..
Mogę? Z lewej mogę??
A z prawej mogę bardziej..??
...nic mię nie powstrzyma.

Z UKejowa przyjechał do mnie cudny kubolek, stanowiacy ładną ozdobę i picioumilacz w pracy :) dziękuję!
Szkoda, ze w PL nie ma jeszcze Primarka. Ponoć mają go otworzyć, ale boję sie,że ceny i tak nas zwalą z nóg.


Swoja drogą, pokusiłam się wczoraj i obejrzałam Leaving Neverland. I powiem szczerze, ze najbardziej oprócz filmu przeraziły mnie reakcje ludzi w komentarzach pod artykułami o nim. Jad, złośliwość, obrona gwiazdu pop-u, której żaden z fanów nie poznał osobiście, a to, że ktoś ładnie śpiewa i tańczy nie czyni z niego dobrego człowieka, pełne nienawiści, chamstwa i prostactwa - tego się nie spodziewałam. Czemu ofiary milczały? Tak działa molestowanie, "mistyczna" więź z przesladowcą, zwłaszcza, ze tu był to jeden z najbardziej znanych na świecie ludzi - podziwianych przez wykorzystywanych przezeń chłopcow. Stwarzał cała siatkę, otulajac nią rodzinę, nie tylko same dzieci - ale nie będę sie zagłebiać. Myslę, ze każdy ma swój rozum i rozsądek, trzeba mu tylko dać dojść o głosu. Gdzie byli rodzice - oni też odpowiadają na to pytanie. Obok, zaślepieni jak dzieci, bogactwem, możliwościami, Michaelem Jacksonem-synem/-przyjacielem rodziny. Film idealnie przedstawia mechanizm, w jakim funkcjonują pedofile i to, jak bardzo ofiary mogą nie wiedzieć, ze byly molestowane. Ja wierzę, nigdy fanką MJ nie byłam, zawsze wydawał mi sie śliski i nie na miejscu z tymi chłopcami w wieku przedpokwitaniowym, z którymi się spotykał i był blisko. Sama mam 31 lat i nie wyobrażam sobie fascynacji takim małym człowieczkiem w kontekscie przyjaźni czy jakiejs ogromnej zażyłości. To nie jest i nie było zdrowe, od razu powinno budzić niepokój.
Tak czy inaczej - film warto obejrzeć, zwłaszcza majac dzieci. I zacząć przecierać oczy. A wszystkim lejącym na ofiary molestownia jad przydałby się kubeł zimnej wody na głowę.

Tymczasem - czekajmy wiosny! Już za tydzień mozna topić Marzannę :)

Drzemanko przedwieczorne.


Urocze :)

środa, 6 marca 2019

Praca w domu dziecka, cz. 2.

Bywalo, ze do pracy szlam ze scisnietym z nerwów zoladkiem. Ale bywalo, ze to uczucie znikalo zaraz po przekroczeniu progu, jak witaly sie ze mna dzieci. Jesli w okolicy nie platala sie zadna zakonnica - latwiej bylo funkcjonowac, chociaz przyznam, ze przywyklam do nich w któryms momencie przestalam na nie zwracac jakas szczególna uwage, chyba, ze cos sie dzialo.
Zwykle przelozona przychodzila zwracac uwage na to, czy jest na grupie bardzo czysto - a mialo byc. Idealnie czysto. Kazdy kto pracuje z dziecmi lub je ma wie, ze zachowanie idealnego porzadku przy nich jest niemozliwe.

Apogeum mojej zlosci skumulowalo sie pewnego dnia na mszy w kaplicy. Bylismy zobowiazani pojawic sie tam z cala grupa, odswietnie ubrani, na poranna msze. Jedno z maluszków, dziewczynka, miala zespól FAS. W zwiazku z tym rozwój mowy byl u niej nieco opózniony, na co znalazl sie dobry sposob. Przynosilam do domu dziecka gitare i spedzalam przynajmniej godzine rano lun popoludniu wprowadzajac piosenki (zwykle o charakterze religijnym). Okazalo sie, ze to dziala, zwlaszcza zwykle, miekkie i proste do wymówienia "alleluja".
Msze u sióst prowadzil kaplan - ochlejus, fiolowo-czerwony na gebie, nieprzyjemny i smierdzacy czasem gbur, duszpasterz wiezienny. Zdarzylo mu sie nieprzytomnie otworzyc nie to kazanie, co powinien, wiec mozna sobie wyobrazic jaki byl. Siedzialam na jednej z nich ze wspomniana dziewczynka, niech bedzie Daniela, na kolanach. Po odśpiewaniu czegoś ksiądz zaczął kazanie, podczas gdy Daniela nadal sobie pod nosem mruczała "alleluja.." (msza z uczestnictwem dzieci) i nagle w kaplicy zrobiło sie cicho. Próbowałam ją wyciszyć, ale kazdy kto ma dzieci bądź z nimi pracuje wie, ze wyciszenie niespełna dwuletniego dziecka jes średnio czasem możliwe. Ksiądz przerwal kazanie i wściekły kazał mi uciszyc dziecko natychmiast lub wyjść z mszy. Podniosłam się i wyszłam z maluszkami, resztę czasu spędziliśmy pod drzwiami kaplicy, aż czerwonomordy ksiądz skończy nabozenstwo. Tydzień później ten sam mężczyzna złapał mnie wchodzacą na mszę z dziećmi za łapki i powiedział, że mam zostać na zewnątrz, bo on się użerał nie będzie. Żadna ze stojących w zakrystii sióst nie zareagowała, a ja do końca mojego pobytu tam nie weszłam na mszę. Nastomiast wtedy zapytalam go tylko czy słyszał, ze Jezus powiedział "pozwólcie dzieciom przychodzić do mnie".

Zdarzyło się, że na kolację miałam dać dzieciom kaszę gryczaną polana tłuszczem. Tylko. Nie było to fajne.

Wielu rzeczy dzis nie pamiętam. Pamietam smutny pokój wychowawców, w którym siedział duży, różowy i smętny miś z różowym uchem, zwykla szafke, w której trzymalysmy leki i pod nią wieczorami leżące dziecięce plecaki do sprawdzenia na rano.
Pamiętam moja obawę jak zostawiałam starsze dzieci wieczorem, kąpiąc maluchy, czy poranne błaganie kogoś z innej grupy o popilnowanie dzieciaczków, bo musiałam starsze odprowadzić do szkoły. Pamiętam fałszywe uśmiechy siostry do strażaków, sprawdzających budynek i pytanie jednego z nich, czy ona jest zdrowa na umyśle.
Pamietam swój dyżur w sylwestra do 22.00 i prośbę do sióstr,zeby dały starszym dzieciom poczekac na północ, a potem przychodząc w Nowy Rok (nie powinnam, ale wychowawczyni która miała dyżur wyłączyła telefon i nie można sie było do niej dodzwonić...) na 6 dowiedziałam się jak to zrobiły. Jedna z nich wywaliła ciuchy dzieci i kazała im je układać w szafce, żeby miała zajęcie. Pamietam jak w starszej grupie siostra przeczytała pamietnik jednej z nastolatek, innej powiedziała, ze ją piz*a swedzi chyba, skoro tak długo się kąpie, pamiętam faworyzowanie jednego dziecka przez siostrę na nocnej zmianie u nas, a brak sympatii do drugiego.
Pamiętam, że jak nie przedłużyłam umowy - siostra ksiegowa na do widzenia rzuciła we mnie moimi papierami, wściekła jak osa, a ja z żalu, że nie pożegnałam się z dziećmi i ulgi, że juz do tych czarnych potworów nie wrócę, płakałam w autobusie. Tylko jedna z nich była ludzka, ale też potrafiła pokazac pazury.
Tylko tamtego roku nie byłam na wigilii w domu. Wiedziały, że nie mieszkam w stolicy,miałam powiedziane, że jak jestem w wigilie w pracy, mam wolny nowy rok (terefere. Oczywiście świeta płatne tak samo jak normalne dni.), kazano mi przyjść w wigilię i miałam powiedziane, że mam dyżur normalnie, do 22, a wigilię spędzam z dziećmi. O 16.30 siostra kazała mi isc do domu mówiąc, że nie jestem już potrzebna. Pojechałam, obejrzałam film i poszłam spać. To nie był dobry, świąteczny dzień, zwłaszcza, ze gdyby nie kaprys sióstr mogłam być w domu (w grupie zostały dzieci, z którymi siostra spokojnie sobie radziła). Pierwszego dnia świąt miałam dyżur od 6, więc nie jechałam do domu, nie było sensu.
Pamiętam jak starsi chłopcy powiedzieli, ze jedna z sióstr za coś jednego z 12latków na korytarzu strzeliła pasem na gołą pupę.
Pamiętam doskonale paskudny nastrój miedzy nami, wychowawcami, dziwny kwas z powodu bzdur, moje wieczne niedoinformowanie, a jak pytałam najstaszą stażem wychowawczynię o kieszonkowe na przykład - nigdy nie dostałam jasnej odpowiedzi.
Miałam cudowną grupę dzieci, od najmłodszych po najstarsze, która przy drobnym przeorganizowaniu mogłaby funkcjonowac lepiej. Gdyby tez dać dzieciom być dziećmi - byłoby lepiej. Nie wiem, jak można powiedziec do 9-latki "Będziesz dziwką jak twoja matka", ale mysle, ze zakony wypaczają. Zwłaszcza żeńskie. Nie spełnianie sie jako kobieta, matka, może żona, jako człowiek. Żyją w dziwnym odizolowaniu, a ja od wielu lat (mając taki zakon w rodzinnej miejscowości) nie wierze w ich uśmiechy. Rotacja wychowawców w domu dziecka byla ogromna, a ja wiem, że głownym powodem zwykle były siostry, nie dzieci. Dzieci są sobą, nie udają, nie kłamią, jak są złe to klną, biją czasem, czasem płaczą. Dla mnie problematyczna byla też wychowawczyni, mieszkająca na miejscu i brak wsparcia w osobie psycholożki i pedagożki. Atmosfera dziwnej złości i brak chodzenia na kompromis. Białe albo czarne. I brak moim zdaniem odpowiedniej ilości ludzi w grupach, zwłaszcza w tej najmłodszej, gdzie był największy rozstrzał wiekowy i najmniej samodzielne maluszki.
Sama w DD złapałam wszy, których niemalże nie sposób się było pozbyć z grupy. O ile chłopców łatwiej po prostu ostrzyc na króciutko, tak dziewczynki miały piekne, gęste włosy, o które trzeba zadbac inaczej. Przy wszawicy trzeba też wyprać w gorącej wodzie pościele, misie, koce itp., a tu usłyszałam od siostry praczki, ze chyba zwariowałam. Ze ona ma wystarczajaco duzo prania, mam jej nie dokładać.
Cóż.

Dobrego dnia Wam. Spokoju ducha.
Już wiosna do nas zaglada.

poniedziałek, 4 marca 2019

Praca w domu dziecka.


Bardzo dlugo zbieralam sie w sobie, zanim zdecydowalam, ze moze warto o tym napisac. Moze ktos tu zajrzy i wyniesie dla siebie jakis wniosek?
Kilka dobrych lat temu po studiach wynioslam sie z Torunia do Warszawy, gdzie podjelam prace w domu dziecka, prowadzonym przez siostry zakonnice, mieszczacym sie na terenie klasztoru, w którym znalazlo sie takze oczywiscie biuro i kaplica.
Dzieci zajmowaly trzy pietra, najstarsze dziewczynki, najstarsi chlopcy i mieszana grupa, gdzie najmlodsza dziewczynka miala w momencie mojej pracy tam niecale 2 latka, potem dwóch chlopców w wieku 3 i 3,5 roku, dwóch 6-latków, jedna dziewieciolatka, jedna dziesieciolatka i dwunastolatka. Pomijajac trójke dzieci, która zaraz na poczatku wrócila do domu rodzinnego do mamy.
Zostalam jak sie mozna latwo domyslic - jednym z wychowawców, w najmlodszej grupie. Przyjeto mnie cieplo, acz z dystansem. Mialam jeden dzien, przed weekendem, by ogarnac porzadek dnia w grupie i poznac nieco dzieci.
Całą zmianę byla ze mna jedna z wychowawczyn,a na dzien dobry zostalam po tym jak odprowadzila dzieci do szkoly, a ja opiekowalam sie w tym czasie maluszkami, oddelegowana do prasowania prania. Na kilka dobrych godzin.
Dowiedzialam sie tylko, ze po kazdym wieczorze mam wpisywac sie w zeszyt "raportów" zeby dac obrac wychowawcy po mnie, co sie dzialo. I to wszystko.
"Wszystko zobaczysz."

Zobaczenie zaczelo sie od powrotu dzieciaków ze szkoly. Po obiedzie, który przynosilo sie z kuchni na góre, w czasie gdy male dzieci szly na popoludniowa drzemke, nadszedl czas na odrabianie lekcji.
Powiedzenie, ze proces ten byl cyrkiem na kólkach byloby za malo adekwatne. Ale dajace nikly obraz jak to wygladalo.
Naprawde jednak rozumiem, ze dzieciom sie nei chcialo tego robic. Ze w domu dziecka ciezko znalezc spokój i wyciszenie, zwlaszcza jak w tak mlodym wieku boryka sie juz z takimi problemami jak rozlaka z rodzicami, jacy by nie byli, z dzieleniem zycia z obcymi ludzmi, czesto od bezsensowna i meczaca kuratela oraz abstrakcyjnymi dla dzieci, ale i czesto dla mnie, zakazami.
po piórniku polamanych kredek, wrzaskach i wyzwiskach jakich nie powstydzilby sie zaden szewc, bardzo zdolna dziewczynka prawie opanowala wiersz, jakiego miala sie nauczyc. Trafilo sie, ze moglam z nia usiasc sam na sam, nie w grupie, gdzie duzo ciezej byloby sie jej skupic. Bylam pelna podziwu dla plynnosci wulgaryzmów jakie z siebie wypluwala ta 9-latka.
Po odrabianiu lekcji zwykle pomoc wychowawcy szla do domu, kolo 18-19 i zaczynal sie wieczór, w czasie którego ja musialam umyc trójke maluszków (na drugim koncu baardzo dlugiego korytarza), a starsze dzieci mogly obejrzec telewizje w tym czasie. Jak sie latwo domyslec najstarsza dziewczynka czesto przybiegala zakomunikowac, ze ktos sie bije. I tu powstawala sytuacja dla mnie absolutnie niedopuszczalna - musialam zostawic trójke maluszków, czesto jedno badz dwa w wannie, czesto pod opieka wlasnie najstarszej dziewczynki, która byla niesamowita pomoca i swietna mloda osoba, by leciec rodzielac reszte. w bójkach bywalo naprawde goraco, a i zdarzylo sie, ze jeden z chlopaków próbowal z wscieklosci wylac bardzo goraca zupe na innych w kuchni tudziez doskoczyc do kogos z nozem. Pomijam juz wyzwiska.
Po kapieli maluszkow byl czas na ich bajeczke przed snem, praktykowalam tu czesto audiobooki, ale i czesto po prostu po cichutku puszczalam jakies usypiajace piosenki, w czasie gdy starsza czesc grupy POWINNA sprzatac.
I teraz gwoli wyjasnienia - nie chcialo im sie. I ja to rozumiem! Dzieciaki w pokojach naprawde mialy wzglednie czysto, jak na ten wiek i ilosc, a tu trzeba bylo zamiatac, odkurzac, zmywac itp. Czesto staralam sie im pomagac, zwlaszcza jak widzialam, ze ktos ma naprawde gorszy dzien. Nigdy jednak, w zadnej sytuacji, ani lekcji, ani sprzatania, nie przekupywalam nikogo z grupy. A w naszej trójce wychowawców byla dziewczyna, ktora zaskarbiala sobie tym sympatie dzieci. Odrabiala za nich lekcje, sprzatala, a jak nie mogla w danym momencie - oferowala za to cos innego. Mieszkala na terenie zakonu i byla bardzo zzyta z siostrami. Ona jako jedyna osoba cywilna uprzykrzyla mi tam potwornie zycie. Podrzucala swinie, nie robila raportów albo wrecz kopiowala moje w innej kolejnosci, obgadywala i byla przy tym slodka jak ulepek.
Porafiła w kuchni powiedziec pracującym tam dziewczynom, że mają mi przekazać, że ona uważa, ze jestem niezłym pracownikiem...
Pózniej dowiedzialam sie, ze powodem byla sympatia, jaka darzylam grupe i to, ze w sumie dzieci tez mnie lubily, a nie kupowalam tego zadnym sposobem.
Ale odbijalo mi sie to czkawka, tak jak to, ze staralam sie stanąć po ich stronie w opozycji do absurdalnych nakazow/zakazów innych (np. zakaz włączania radia w czasie adwentu.) Jak załatwiłam dla dziewczynek wózki z lalkami - odchorowałam kwas potem fizycznie.
Do strasznych sytuacji dochodziło bez żadnych skrępowań, mało tego, byłam później za nie szykanowana. Przykładem może być to jak jedna z sióstr zakonnic weszła do łazienki, gdzie byłam z trzema dziewczynkami podczas pewnych zabiegów na włosy, które chwilke trwały. Rozmawiałyśmy i żartowałyśmy, przeglądając się w oknie (była zima, wiec doskonale widać było odbicia). Siostra z miejsca weszła z wyrzutami, awanturą i syczeniem, a na reakcję dziewczynki, do której głównie to skierowała, nie trzeba było długo czekać. Odpyskowała i na nic zdały sie moje próby załagodzenia sytacji. Siostra zlapała 9-latke za szyje i uderzała o szybę okna jej głową. Nie mogłam ich rozdzielić, a jak mi się udało kazałam jej natychmiast opuścić łazienkę. Sprawę zgłosiłam do psycholog i pedagog - i kilka dni później jak jedna z dziewczynek dostała przed samiutką 22 napadu szału, pobudziła maluszki to przyszła ta siostra, pełniąca u nas dyżury nocne, i dała maluchom LIZAKI (podczas gdy ja próbowałam opanować mojej postury dziewczynkę, tłukącą się po korytarzu i grożącą wszystkim, bo jej odstawiła wychowawczyni bez konsultacji z lekarzem leki uspokajające...) mnie mówiąc, że skoro rozpowiadam, że dusi dzieci to sama mam sobie radzic.
Poradziłam, swoją drogą.
Zmiany popołudniowe kończyłam po 22. Wychodziłam juz nie przez furtkę, ale przez 2 metrowy parkan zakończony sztachetami, bo siostra kluczniczka zamykała wszystko na klucz dokladnie o 10 wieczorem, mimo próśb, zeby czasem poczekała chwilkę, bo nie zawsze da się wyjść na czas (ze starszych grup łatwiej było wyjść 21:55, ale i innym się zdarzała podobn sytuacja). Zimą po oblodzonym płocie to naprawdę nie było ani łatwe, ani bezpieczne.

Zdarzyło się, że rano była śnieżyca. Spóźniłam się na 6.00 dosłownie - 10 minut, dojeżdżając autobusem. Siostra pilnująca dzieci w nocy wrzeszczała i rzucała we mnie pękiem kluczy.

Było i tak, że wyrzuciła chłopca z kuchni tak, że dziesięciolatek uderzył w nie głową, nabijając paskudnego guza.

Bywało, że w sobotę dzieci chciało obejrzeć bajkę. Po posprzataniu pokoi i piętra, ale np. dwóch sześciolatkow bawiło sie klockami w tym czasie i chcac dołączyć poprosili, czy moga sprzątnąć to później, bo coś konkretnego budowali. Zgodziłam się.
Oczywiście - skończylo się awanturą, że to nie takie reguły są, że to wymyślanie, że moga sobie budować od nowa. W efekcie - pół soboty wrzasków i nerwów, bo tak.
Mnie nie wolno bylo dzieciom dać popcornu do filmu w pokoju dziennym, miały go jeść w kuchni...podczas gdy wychowawczyni mieszkająca na terenie osrodka, dajmy jej w końcu na imię Ala, robiła to za moimi plecami, ze mnie robiąc wariatkę.

Pozwolę sobie podzielić ten wpis na pół, bo nie dość, ze budzi się we mnie z miejsca złość, to po prostu notka wyszła juz teraz bardzo, bardzo długa...a to nadal nie koniec.

wtorek, 26 lutego 2019

Misz masz.

Tak mnie ostatnio naszla krótka refleksja.
Ile rzeczy, które nazywamy pasja, robimy faktycznie dla siebie? Ile z nich faktycznie sprawia nam przyjemnosc, radosc, niesie spelnienie?
Ile z nich ma drugie dno, w którym zza szklanej sciany czekamy na widownie, która nam przyklasnie.
Jak czesto spiewamy, bo lubimy, a nie dlatego, ze ktos nas slucha. Piszemy, bo lubimy ponad wszystko przeniesc na papier swoje mysli, pomysly i slowa. Jak czesto wsiadam ja sama na konia z mysla: niech podziwiaja!
Stop.
Jak wsiadam na konia to zawsze mam w glowie mysl: zeby bylo pusto! Zebym tylko nie jezdzila jak worek kartofli, ale tak, by zwierze moglo swobodnie pracowac, a ja cieszyc sie z porozumienia z nim. Nigdy nie szukam pochwalnych spojrzen, bo mnie samej niesie jazda konna zwykle tyle przyjemnosci, zwlaszcza jak nagle zaskakuje jakas zapadka i kon zaczyna sie niesc, a ja czuje to po prostu, jak robi sie lekko i potem bach, krzywo ulozone na chwile cialo, wiec skupiam sie na powrocie do poprzednieg stanu, winy szukajac w sobie zwykle, nie zwierzaku, ale skupiajac sie na tyle ze potem bywam zdziwiona, gdy ktos powie - fajnie szedl! Szukal glowa miejsca, ladnie pracowal nogami. Super, ale to nie o to chodzi, zeby patrzyli i podziwiali. Mnie to porozumienie z koniem sprawia ogromną satysfakcję!


Zastanawiam sie jednak gdzie jest pewna przestrzen, dzielaca pasje od tego, co robimy dla poklasku. Czy malujac juz myslimy - to beda podziwiac! Zrzuce ich ta piosenka ze stolka, a opowiadniem z lózka, wytresowanym psem zadziwię, a namalowanym obrazem zatkam.
Ilekros robimy cos dla kogos, nie dla siebie przede wszystkim, nie bedzie to prawdziwe. A o to, zeby bylo chodzi w pasji czyms. Jesli nam sprawia przyjemnosc bez wzgledu na wszystko - nie bedziemy czuli sie wypaleni, gdy inni tego nie docenia.
Jesli robimy cos przez wzglad na uznanie innych - nigdy nie bedziemy zadowoleni.

Swoją drogą - czy tylko ja czuje już wiosnę?
Wieczorami już nie trzęse sie wychodząc z psem (chyba, że wieje!), a wczoraj pod blokiem znalazlam przebiśniegi - biedne, wątłe, delikatne. Ale że ostatnimi czasy rzadko nosze ze sobą telefon, pewnie zadepczą je psy na spacerach i zostane nie uwiecznione :)
Rozdeptywacz przebisniegow


Swoja drogą to staruszkowi chyba zaczyna slabnac sluch - bywa, ze wracam do domu, po cichu zdazam się przebrać i dopiero go budzę.
Swoja droga w Łodzi zamyka sie Lady Fox i dzięki uprzejmości naszej cudownej koleżanki Bajer zyskał nowe szelki :)
Niestety, nie jest top modelem, to nie jego konik być ładnym w obiektywie aparatu, ale szelki zdecydowanie zasługują na to, by je pokazać, tak więc...


W piąteczki, do postu, bo w poście zakładam nie jeść słodyczy, kupuję u jednego z panów kanapka w pracy deserek o smaku słonego karmelu, który bardzo mi smakował, acz przyszly piatek bedzie ostatnim, w który go zjem. Trzymam kciuki sama za siebe, bo zdecydowanie słodycze to moja pięta Achillesowa w odżywianiu :)


Ukryte skarby...

W weekendy ostatnio jesteśmy bez sił, chyba zaczęło się przesilenie, więc żeby nie przedrzemać calego dnia, odkrywamy gry planszowe - na przykład Splendor :) po porannej jeździe konnej dobrze jest przysiaść z dobra herbatą i odpocząć.

Uwelbiam sobotnie poranki.

To troszke był też czas zmian, ostatnie dni. Dostałam piękne paznokcie, bo moje są w stanie opłakanym i powoli poddaję sie w ich ratowaniu. Oraz robiłam inne, fajne rzeczy, których efektem może się pochwalę za jakiś czas.

Póki co jednak - jutro środa, pikkulauantai, więc życzę wszystkim, by ten tydzień biegł szybko, a weekend najblższy wlókł sie jak flaki z olejem.

środa, 20 lutego 2019

Jak szybko podnieść mi ciśnienie bez kawy.

Marzec prawie za pasem, nowy rok zaczal sie wieloma zmianami, bardziej badz mniej istotnymi, ale wczoraj jak wracalam autem do domu uznalam, ze to bedzie dobry rok. Mimo wszystkich trudnosci, jakie kazdy z nas w życiu ma, teraz te moje wydają się ciut mniejsze, bądź latwiejsze do przeskoczenia, względnie oswajam się z nimi już teraz, bo mam na to czas. Nikt nie wymaga ode mnie bycia kimś, kim nie jestem, nie próbuje wrzucić mnie w tryb w którym sie nie odnajduję czy nie komentuje tego jak żyję w sposób, który sprawia, że mam sie poczuć inna, gorsza i nienormalna.
Powoli zaczynam rozumieć, że trzeba coraz bardziej cenić zdrowie swoje i bliskich, nie tylko ludzi, bo choćbyśmy mieli fortunę, nie da się go kupić.

Chciałabym nauczyc się odpoczywać, zbawienna okazała sie w tym temacie strona Artimento, ktora pozwala mi na stworzenie czegos ładnego, nawet jeśli nie mam ku temu wystarczająco dużo talentu, ale mam dużo zapału : ) włączam audiobooka i maluję, wyciszam sie, wyłaczam i relaksuję.
To jedna z tych form odpoczynku, jakie preferuję, gdy na zewnątrz nadal jest buro, ponuro i zimno tudzież deszczowo.

Zima przyniosla dla mnie jakąś dziwna tęsknotę do koloru czerwnego i takim oto sposobem, w okresie przecen, stałam sie właścicielką dwóch swetrów z Reserved i z przykrością stwierdzam, że jakość ich ubrań z roku na rok jest coraz niższa. Mam brzoskwiniowy sweterek kupiony jeszcze za czasów mieszkania w Wawie, czyli koło 5-6 lat temu i jest w dużo lepszej kondycji niz rzeczy stamtąd będą za rok od dziś. A szkoda, bo marka potrafi zaskoczyć naprawdę przyjemnymi wzorami i liniami...

Bajer czuje sie ciut lepiej, ale w ciagu trzech tygodni postarzał sie o dwa lata. Duzo, bardzo dużo śpi, a ja nienawykła do tego szukam w sieci wsparcia u znawców rasy, podczas gdy on był kłuty 10 dni z rzędu zastrzykami przez naszą cudowną Gosię, by nieco stanął na nogi. Nie jest to jednak ta kondycja i wigor jaki miał jeszcze na początku stycznia. bardzo mnie to niepokoi, zwłaszcza,  ze dzis jest pierwszy dzień bez leków i kontrola na ile pomogłu, a boję sie, że bez wsparcia farmakologicznego będzie cierpiał. Obiecałam mu, że nie pozwolę mu się męczyć i zamierzam dotrzymac slowa.

Warto nadmienić, że jeśli ktoś z zagladajacych tu kiedyś będzie mial psa z problemami z kręgosłupem, warto rozważyc operację. Chociaż:
1. Jest to ogromny koszt; sama operacja to jeden, ale później czeka na nas rehabilitacja. I tu trzeba, po prostu trzeba wziąc pod uwagę wiek naszego psa i jego kondycję fizyczną. Niestety, w naszym przypadku Bajer moze miec koło 11 lat i niestety - zbyt wiele schorzeń, by ryzykowac operację. Bo nawet jesli ją przeżyje to wykończy go rehabilitacja i leki po niej. Dobrze jest przed takimi zabiegami zrobic, wiedząc, ze istnieje taka konieczność, cały panel badań psa-  od krwi, przez serce, rtg i wydolność organizmu, by miec pewność, ze bedzie to zabieg bezpieczny. Trzymam kciuki, jesli ktoś kiedyś będzie do tego zmuszony. My się nie podejmiemy.


2. Dobrze jest miec zaufanego lekarza, który nie będzie sobie na nas nabijał kiesy, a weźmie od uwagę przede wszystkim dobro i komfort zwierzęcia. Nie dajcie sie namówić na tomograf, jeśli nie planujecie operacji.
3. Musimy mieć świadomosć,ze psy sa tak daleko od nas zależne, że bez naszego wsparcia - często by ich juz nie bylo. Powinien być tego świadom każdy, kto decyduje sie bądź życie zmusza go do leczenia długoterminowego psa. Przychodzi moment, gdy trzeba będzie pomóc mu odejść, nie fundować w ramach własnego egoizmu przedłużanego sztucznie zycia w cierpieniu. Sama nadal staram sie z tą myślą oswoić.

Swoja drogą w poniedziałek na jednej z grup facebook'owych rozgorzała dyskusja o obrożach elektrycznych jako elemencie niezbędnym niemalże w treningu czy szkoleniu psa (w tamtym wypadku myśliwskiego), ktory ucieka.
Całym sercem mówie: nie.
Obroża dla mnie to jakaś chora ostateczność, ale i o prostu wygoda kogoś, kto zamiast ciągle sie doszkalać i szukac nowych rozwiązań w wypadku problematycznego psa, sięga po uderzenie prądem. I znam ludzi, który owszem, zarzekali sie: nie! My tylko wibracje  i dźwięk.
Terefere-kuku. Brzydko mówiąc: srali muchy, będzie wiosna.
Wcześniej (zwykle wczesniej, niż później) czy później sięgają po magiczny przycisk z prądem.
Polecam artykuł poniższy odnoszący sie do tematu.
http://coape.pl/obroze-elektryczne-o-czy-milcza-ich-producenci


OE dopuszczam w swojej głowie TYLKO w absolutnie skrajnych przypadkach, a nie takich, ktore wynikaja z lenistwa bądź niewiedzy człowieka, jak z psem pracować. Rozwalił mnie absolutnie argument, że to jedyna metoda, by pies nie ginął pod kołami. Nie rozumiem. Nie ma nigdzie miejsc, gdzie pies zaraz po spuszczeniu ze smyczy nie wpadnie pod auto....?

Dziwnym trafem żaden z psów w naszej rodzinie tak nie skończył. Konczył za to na długiej lince bądź flexy, ale koniec końcow dawał sie wyszkolić na tyle, że nie baliśmy sie utraty kontroli.
Tak jak nie dociera do mnie argument o tym, że to ma zasieg kilometra. Kto gubi z oczu psa pozwalajac mu się beztrosko tak bardzo oddalić?
Aż sie teraz burzy we mnie krew, bo to przecież to samo myślenie, które zapina konie w czarną wodzę  i inne patenty, żey sie "zganaszował".
Gotuj, gotuj, ja sobie poleżę..
I tym mało optymistycznym akcentem, ale optymistyczniejszym zdjeciem o sposobach akrobatycznych na zrobienie sosu do mięsa, zyczę dobrego dnia!

wtorek, 12 lutego 2019

Precz, zimo.


Wyglądam codziennie za okno szukając oznak tego, że zima się wycofuje. W sobotę jechaliśmy autem, a słońce grzało tak mocno, ze jak kot wystawialam do niego twarz i zastygałam w półdrzemce, ładując srogo wyczerpane już baterie.
 Rankami w weekendy marzniemy w stajni, dogrzewamy się kawą z termokubków po jeździe, na spacerach z psem szalik sięga do uszu, a w domu nadal jeszcze dobrze jest owinąć się kocem. A mimo to ja juz  w glowe mam wiosnę za progiem, już czekam na ciepłe powiewy wiatru i słonko rano zalewajace pokój żółtymi przez rolety migawkami.
Zosia na hali w czasie jazd. ;) pelen relaks.

Na razie jednak moja uwaga skupia się w dużej mierze na Bajerze, któremu kregosłup przysiadl znacznie. I nie możemy się łudzić, że będzie lepiej, chcemy dbać o to, żeby nie było gorzej. Leki, zastrzyki które podaje nam cudowna Gosia, powolne, króciutkie spacerki, a pies sam w domu dużo śpi, przedrzemuje dnie, pochrapuje cichutko, i z niepokojem ciągle obserwuję, czy nóżki z tyłu dziś pracują lepiej, czy gorzej, czy dźwigają go lżej, czy z wyraźnym stęknięciem. Siwa mordka jest jakby należała do innego psa, nie tego rudego szkodnika, który miał energii więcej niż terier i nudził się jak mops, więc wędrował po domu co i rusz wymyślając sobie nowe aktywności.
Zabawy węchowe i bałagan po nich.



W związku z ograniczeniem ruchu w domu aktywowaliśmy nos, co okazało się dobrym pomyslem, zajmuje Bajera na chwilę, ale chyba najbardziej cieszy się, gdy odwiedzają go psi przyjaciele i może w spokoju spędzić z nimi czas. Toteż z chęcią zapraszamy do siebie przyjaciół z futrzakami.
Tylko mnie nieco łamie się serce jak widzę, że po 10 minutach zabawy łapki mu sie rozjeżdżają, a spod fafla dobiega cichutkie posapywanie, bo zasnął zmęczony.
Dobiegamy już na krótkich łapkach do mety, powolutku...


A w weekend mieliśmy okazję dzieki mojej siostrze napić się jednorożcowego wina, które nie powala smakiem, ale nadrabia walorami wizualnymi : ) polecamy każdemu!



A z rzeczy kobiecych - polecam szczotkę ze zdjęcia każdej posiadaczce gęstych, trudnych do rozczesania włosów, albo każdej, która lubi mega przyjemny masaż głowy za 11 zł :)
Zaklinam wiosnę żółtym płaszczem :)

środa, 6 lutego 2019

Do wiosny.

Dni lecą jak szalone.

Przed chwilą był wieczorny chłód nadchodzącej jesieni, potem mokre, rozciapane deszczem ścieżki w burym lesie w listopadzie, szybki mróz w parku grudniem i mokry śnieg przed świętami. Przed chwilą odliczałam z lękiem dni do końca poprzedniej pracy, a dziś jestem już ponad miesiąc w nowej i nawet udalo mi się jechać do Finlandii na kilka dni. Jedno z moich ukochanych miejsc na ziemi nie zawiodło mnie - powitało srogą zimą (od -15 do -28 stopni mrozu!), wielkimi hałdami śniegu, grubymi płatkami sypiącymi się tak gęsto, ze nie widać było drogi przed nami w czasie porannego spaceru do biura, żelkami w markecie i zapachem, który jest tylko tam. Pamiętam jak pierwszt raz weszłam do K-marketu i ten zapach towarzyszy mi we wspomnieniach do dziś, niezależnie od tego gdzie ulokowany jest sklep.
















Nuuskamuikkusen

Nakupiłam żelek, przeżyłam najgorszą w życiu noc z grypą jelitową, zmarzłam za cała polską zimę i smutno mi było ogromnie, gdy trzeba było wsiadać do samolotu z powrotem i pożegnać się ze słowem luottamus.
Teraz i w Polsce zawiało, zaśnieżyło i zabieliło nieco ulice, aczkolwiek mam świadomość, że to wszystko zniknie wraz z nadchodzacym w weekend ociepleniem.
Moje osiedle o 4 rano z niedzieli na poniedziałek.
Bajerowi siadł nieco kręgosłup. jest na lekach, ale wył z bólu i schody okazały się przeszkodą nie do pokonania, łapki nie chciały go nosić.
Tak więc zamiast siedzieć w domu w weekend i wygrzewać się - zagrypieni jechaliśmy do weta szukać pomocy.
Po wizycie odsypiał cały dzień. I całą noc. Moj kochany nochal.
...Ale potem juz broił. Zastanawiamy się nad Timonem, sytuacja rozwiąze się jednak w kwietniu.

"Ogarniałem zabawki ja samotny, jak tyś bawiła się w najlepsze w pracy!"
Na szczęście mamy wokół cudnych sąsiadów i znajomych, którzy podrzucaja nam pomysły jak tego basseta niczym emeryta zbt energicznego w sanatorium uchować od zamordowania. Bo w momencie maksymalnego ograniczenia ruchu jak się wyspał, wyleżał to okazuje sie, że się staruszek nudzi niesamowicie. A co się z tym wiąże - nie daje mi żyć. Smęci, miauczy, wzdycha, jęczy, marudzi niemożebnie, a nocami łazi po domu jak jakiś duch i stęka. Kong, szperanie za pochowanymi smaczkami, piłki, gryzaki - wszystko jest w ruchu. Musi wytrzymać chociaż tydzień.

Tymczasem ja kupiłam piękną sukienkę w Stradivariusie na lato, myślę o sandałkach i nowych bryczesach, czekam na wiosnę i lato, ciepłe, pełne słońca poranki lub deszczowe, nagrzane, parne, grzmiące burzą popołudnia. Czekam na wybuch zieleni i lekkie buty. A w weekend jedliśmy raki...


Przymierzam się też do robienia własnej chemii w domu. I nie, nie będę Breaking Bad's ;) chciałabym jednak poszperać w przepisach na proszki do prania, czyszczenia, płyn do płukania... może wyjdzie taniej, a na pewno zdrowiej. Znalazlam też orzechy do prania, tylko jeszcze nie mam odwagi się ku nim zwrócić. Moze ktoś ma juz podobne doświadczenia i może się nimi podzielic?

Tymczasem z nadzieją, ze nie bedzie lać w weekend uciekam popracować.

W marcu jak w garncu.

W marcu zycie znów nabrało rozpędu i z wywieszonym językiem staram się za nim nadążyć. Kolejne zmiany, jedne planowane, drugie mniej, gonią ...