niedziela, 31 sierpnia 2014
Suszenie grzybów!
Kochani, mam ważne pytanie : ) jak ususzyć w domu (nie posiadamy elektrycznej suszarki) grzyby? Piekarnik nie ma termoobiegu, a bardzo chcielibyśmy sobie nasze zbiory "zachować" na później w takiej formie. Macie może jakieś porady?
piątek, 29 sierpnia 2014
Jesienne podchody.
Dojazd do Polski okazał się chyba bardziej męczącym, niż podróż z powrotem. A moze to tylko wrażenie, że chciałam zobaczyć się już z mamą i siostrą, więc dłużyło mi się niesamowicie, ale z drugiej strony poznałam w Polskim Busie przemiłego pana, z którym przegadaliśmy, przeplotkowaliśmy i przepaplaliśmy całą drogę z Gdańska do Łodzi. Pan Rafał jechał do Katowic, więc dalszą swoją podróż mógł odpocząć ;)
Za to w drodze powrotnej w Gdańsku późnym wieczorem odebrały mnie dwie cudowne kobiety, z którymi nie widziałam się (bagatela!) 3 lata i zamiast wyrzucić mnie na lotnisku - zabrały mnie do siebie, ugościły miętą i rozmową do prawie 3 nad ranem. Dziękuję Wam ogromnie!
Lotniska, po pierwszym w życiu, bardzo stresującym locie ze szczurkami są dla mnie traumą. Toteż jak już przedarłam się zwycięsko i bez problemów przez wszystkie odprawy byłam najszczęśliwszym człowiekiem pod słońcem. Tym bardziej, że udało mi się usiąść przy oknie i mieć "oko" na wszystko za nim : )
Lot dla mnie jest mordęgą, zwłaszcza lądowanie. Ale zauważyłam, że najgorsza migrena, ciśnienie, potworny ból i krew z nosa towarzyszyły mi w trakcie lądowania w Gdańsku. W czasie powrotu, w Turku samolot schodził zdaje się łagodniej i zdecydowanie czułam się nieco lepiej. Można to jakoś załagodzić?
Tu znów z dziwną melancholią przywitałam spowite mgłą lotnisko, znajomą architekturę domków i lasy oraz połacie skoszonych już pól. Odebrał mnie mój R., droga do domu jednak z lotniska to ok. 340 km, więc podróż ostatecznie zakończyliśmy po 13 (wylot miałam z GDA o 6.15).
Jesień mnie nie cieszy. Przyszła z tygodniem deszczu, wilgocią i chłodem w ciągu dnia, ale i mocno dającym się we znaki wieczorami. I wiatrem, który chylił ku ziemi korony drzew.
Jako meneopata potwornie źle znosze takie gwałtowne aury i zmagam się z własną, migrenową, czającą się w skroniach i zabierająca mi widzenie w lewym oku.
Dziś wyszło słońce, wichurzysko przegnało chmury, a ja w kominku rozpaliłam wosk YC - Camomile Tea. Czas na jesień.
Przyszło mi do głowy, by napisać o rzeczach, które zaskoczyły mnie w Finlandii. To już rok niemalże, a ja teraz widzę, że te niespodzianki okazały się faktycznie bardzo praktyczne. : )
1. Prysznice bez kabiny. Zazwyczaj pojawiają się tu zasłony - a odpływ znajduje się w podłodze. Ponadto przy zlewie jest dodatkowa, mniejsza słuchawka przypominająca prysznicową i pozwalająca na umycie całosci podłogi bez problemu. Utrzymanie łazienki w czystości okazuje się dzięki tym patentom bardzo proste i przyjemne : )
2. Zawałowa poczta. Poczta w poprzednim mieszkaniu została przez nad tak nazwana, ponieważ wlot do niej znajdował się w drzwiach, był metalowy i budził nas często w niedzielę o 4-5 rano, niemalże doprowadzając do zawału : ) tu mamy już dużą, czerwoną skrzynkę, którą radośnie wypełniają nam gazeciarze i poczta stosem różnych gazetek (Fini czesto robią zakupy w sieci). Jesteśmy wiec na bieżąco ze sklepowymi promocjami i trendami : ) i wierzcie mi - dwa dni nie wybierania ich ze środka oznacza wypełnioną po uniesiony daszek skrzynkę, która do najmniejszych nie należy. Ale! Na przykład po przenosinach do Vaasy dostalismy od miasta całą wielką kopertę wypełnioną mapkami, przywitaniami, zdjęciami, kalendarzem i przewodnikami gdzie, co i jak : ) ogromnie miły akcent.
3. Zatrzaskowe drzwi. To coś, do czego musieliśmy przywyknąć. Drzwi u nas nie mają klamek, otwiera się je z pomocą klucza i uchwytu (w Kangasniemi było tak samo) i jeśli się zatrzasną (ups, przeciąg..) to mamy problem : ) Raz wlazłam do mieszkania balkonem, gdy wyszłam po pocztę i zapomniałam kluczy. Ale raz wychodziliśmy do stajni i niestety, ja nie wziełam zaaferowana nic poza kaskiem, a R. uznał, że ja wezmę klucze. W efekcie trzaśniecie drzwi brzmiało jak gilotyna ; ) jednak. Jedna osoba w bloku posiada klucze (dozorca?) i otworzyła nam dom po telefonie.
4. Sauny są ogólnodostępne. Nasza teraz znajduje się w budynku pralni, kosztuje 1 e za osobę i trzeba się po prostu wpisać na listę. Idziemy w szlafroczkach, rozbieramy sie wewnątrz i mamy około 45 minut do godziny na relaks. : ) jest to powszechne tutaj, normalne. To, co dziwi czasem w miejscach publicznych (sauny są normalnym elementem szatni basenowych) to to, że wchodzimy do niej nago. Nago, jak Bóg stworzył : ) i jest to wierzcie mi, nikogo nie gorszące, nie budzi kontrowersji. Fini są nawykli do nagości, normą są tabliczki informujące, ze kąpiemy się pod prysznicami nago i bez kostiumów korzystamy z sauny. Czasem starsi ludzie używają tetrowych szlafroczków, ale jeśli mam być szczera, tylko raz się z tym spotkałam. Człowiek czuje się głupio w kostiumie.
5. Połacie grzybów! Nie jeden. Nie dwa. A piętnaście prawdziwków, z czego 1/3 wielkich jak pizza, rosnących sobie w kupce. Ostatni spacer zakończyłam kucajac i wybierając sobie ładne okazy, a niosłam je z uśmiechem od ucha do ucha. Czerwone, brązowe i zwykłe koźlarze oraz prawdziwki. Zrobię kilka zdjęć, bo rosną na trawnikach przed domami, przy ścieżkach w lesie, pomijam już fakt wejścia w gęste poszycie fińskiego lasu... raj dla grzybiarzy :)
A jedno z miejsc, w których się kąpaliśmy też już wygląda jesiennie..
Za to w drodze powrotnej w Gdańsku późnym wieczorem odebrały mnie dwie cudowne kobiety, z którymi nie widziałam się (bagatela!) 3 lata i zamiast wyrzucić mnie na lotnisku - zabrały mnie do siebie, ugościły miętą i rozmową do prawie 3 nad ranem. Dziękuję Wam ogromnie!
Lotniska, po pierwszym w życiu, bardzo stresującym locie ze szczurkami są dla mnie traumą. Toteż jak już przedarłam się zwycięsko i bez problemów przez wszystkie odprawy byłam najszczęśliwszym człowiekiem pod słońcem. Tym bardziej, że udało mi się usiąść przy oknie i mieć "oko" na wszystko za nim : )
Lot dla mnie jest mordęgą, zwłaszcza lądowanie. Ale zauważyłam, że najgorsza migrena, ciśnienie, potworny ból i krew z nosa towarzyszyły mi w trakcie lądowania w Gdańsku. W czasie powrotu, w Turku samolot schodził zdaje się łagodniej i zdecydowanie czułam się nieco lepiej. Można to jakoś załagodzić?
Tu znów z dziwną melancholią przywitałam spowite mgłą lotnisko, znajomą architekturę domków i lasy oraz połacie skoszonych już pól. Odebrał mnie mój R., droga do domu jednak z lotniska to ok. 340 km, więc podróż ostatecznie zakończyliśmy po 13 (wylot miałam z GDA o 6.15).
Jesień mnie nie cieszy. Przyszła z tygodniem deszczu, wilgocią i chłodem w ciągu dnia, ale i mocno dającym się we znaki wieczorami. I wiatrem, który chylił ku ziemi korony drzew.
Jako meneopata potwornie źle znosze takie gwałtowne aury i zmagam się z własną, migrenową, czającą się w skroniach i zabierająca mi widzenie w lewym oku.
Dziś wyszło słońce, wichurzysko przegnało chmury, a ja w kominku rozpaliłam wosk YC - Camomile Tea. Czas na jesień.
Przyszło mi do głowy, by napisać o rzeczach, które zaskoczyły mnie w Finlandii. To już rok niemalże, a ja teraz widzę, że te niespodzianki okazały się faktycznie bardzo praktyczne. : )
1. Prysznice bez kabiny. Zazwyczaj pojawiają się tu zasłony - a odpływ znajduje się w podłodze. Ponadto przy zlewie jest dodatkowa, mniejsza słuchawka przypominająca prysznicową i pozwalająca na umycie całosci podłogi bez problemu. Utrzymanie łazienki w czystości okazuje się dzięki tym patentom bardzo proste i przyjemne : )
2. Zawałowa poczta. Poczta w poprzednim mieszkaniu została przez nad tak nazwana, ponieważ wlot do niej znajdował się w drzwiach, był metalowy i budził nas często w niedzielę o 4-5 rano, niemalże doprowadzając do zawału : ) tu mamy już dużą, czerwoną skrzynkę, którą radośnie wypełniają nam gazeciarze i poczta stosem różnych gazetek (Fini czesto robią zakupy w sieci). Jesteśmy wiec na bieżąco ze sklepowymi promocjami i trendami : ) i wierzcie mi - dwa dni nie wybierania ich ze środka oznacza wypełnioną po uniesiony daszek skrzynkę, która do najmniejszych nie należy. Ale! Na przykład po przenosinach do Vaasy dostalismy od miasta całą wielką kopertę wypełnioną mapkami, przywitaniami, zdjęciami, kalendarzem i przewodnikami gdzie, co i jak : ) ogromnie miły akcent.
3. Zatrzaskowe drzwi. To coś, do czego musieliśmy przywyknąć. Drzwi u nas nie mają klamek, otwiera się je z pomocą klucza i uchwytu (w Kangasniemi było tak samo) i jeśli się zatrzasną (ups, przeciąg..) to mamy problem : ) Raz wlazłam do mieszkania balkonem, gdy wyszłam po pocztę i zapomniałam kluczy. Ale raz wychodziliśmy do stajni i niestety, ja nie wziełam zaaferowana nic poza kaskiem, a R. uznał, że ja wezmę klucze. W efekcie trzaśniecie drzwi brzmiało jak gilotyna ; ) jednak. Jedna osoba w bloku posiada klucze (dozorca?) i otworzyła nam dom po telefonie.
4. Sauny są ogólnodostępne. Nasza teraz znajduje się w budynku pralni, kosztuje 1 e za osobę i trzeba się po prostu wpisać na listę. Idziemy w szlafroczkach, rozbieramy sie wewnątrz i mamy około 45 minut do godziny na relaks. : ) jest to powszechne tutaj, normalne. To, co dziwi czasem w miejscach publicznych (sauny są normalnym elementem szatni basenowych) to to, że wchodzimy do niej nago. Nago, jak Bóg stworzył : ) i jest to wierzcie mi, nikogo nie gorszące, nie budzi kontrowersji. Fini są nawykli do nagości, normą są tabliczki informujące, ze kąpiemy się pod prysznicami nago i bez kostiumów korzystamy z sauny. Czasem starsi ludzie używają tetrowych szlafroczków, ale jeśli mam być szczera, tylko raz się z tym spotkałam. Człowiek czuje się głupio w kostiumie.
5. Połacie grzybów! Nie jeden. Nie dwa. A piętnaście prawdziwków, z czego 1/3 wielkich jak pizza, rosnących sobie w kupce. Ostatni spacer zakończyłam kucajac i wybierając sobie ładne okazy, a niosłam je z uśmiechem od ucha do ucha. Czerwone, brązowe i zwykłe koźlarze oraz prawdziwki. Zrobię kilka zdjęć, bo rosną na trawnikach przed domami, przy ścieżkach w lesie, pomijam już fakt wejścia w gęste poszycie fińskiego lasu... raj dla grzybiarzy :)
A jedno z miejsc, w których się kąpaliśmy też już wygląda jesiennie..
środa, 6 sierpnia 2014
Odliczanie!
Lecę do Polski. Na chwilę. Na niecałe dwa tygodnie, ale cieszę się jak dziecko, bo we wrześniu startuje kurs i będę musiała zapuścić korzenie niemalże w Vaasie do świąt : )
Oczywiście - nie obywa się bez przeszkód, bowiem do PL jest niezbyt wiele samolotów (czytaj 1, słownie JEDEN!) z sensownymi cenami. Wizzair bowiem faktycznie ma je bezkonkurencyjne, bo udało mi się zarezerwować lot za 19.9 euro i powrotny za 29.9, podczas, gdy pomagająca mi Smarkata, grzebiąca w innych liniach łapała oferty za np. 500 zł! 700 zł! Nie no, niesamowita okazja, doprawdy...
Moze to moja wina, bo w gruncie rzeczy szukać nie potrafię i błądzę jak ślepiec w tych całych wyszukiwarkach, ale ceny są wysokie.
Minus jest taki, że ja mieszkam ZA ŁODZIĄ, a samolot ląduje w GDAŃSKU : ) którego kompletnie nie znam. Plus jest taki, że z Gdańska do Łodzi jeździ PolskiBus i on ratuje mi pupę : )
Od siebie do Turku mamy 326 km bodajże, albo blisko tej liczny (=/- 5 km zdaje się), więc na samolot na 9:00 musimy zarwać noc. Biedny jest R., bo nie dość, ze uziemiony w pracy, to będzie musiał stukać tyle km sam w aucie. Zawsze się o niego boję, bo mimo świetnego stanu dróg nie można nie brać pod uwagę zwykłego, ludzkiego zmęczenia, prawda?
A on i tak jest wytrzymały. 1.500 km drogi do Polski dzielimy, ale zazwyczaj R. prowadzi, dobrze się czuje za kółkiem i niechętnie zmienia. Ostatnio pozwolił mi jechać dopiero w Polsce, a w drodze powrotnej śmignąć całą Litwę. Najmniej zadowolone z wyjazdów są szczury : ) bimbające się w sporej klatce-pudełku do przewozu na hamaku i obrażone co najmniej dwa dni.
Reasumując - dotrzeć do Łodzi powinnam koło 19:30, a stamtad wystarczy tylko złapać pociąg do domu i stawić się w nim jako niezapowiedziany gość. : ) O przylocie wie moja siostra, natomiast mama dowie się, jak dotrę w progi rodzinnego domostwa, nie będzie się tak stresować.
Panując teraz u nas nieziemskie upały, ale słychać, jak prognozują, że to ostatni taki tydzień już, toteż codziennie jeździmy nad rzekę, badajac każdy publiczny pomost i taplamy się na zaś : ) oraz wędrujemy rowerami wzdłuż niej, zwłaszcza, że miejscowość niedaleko jawi się R. jako doskonałe miejsce do kupienia tam domu. Zrobię kilka zdjęć, bo ilekroć tam jesteśmy, zawsze przywodzi nam na myśl książka słynnej, szwedzkiej pisarki, "Dzieci z Bullerbyn" : )
A teraz lecę, wyciągnąc z pralni rzeczy : ) fajna taka pralnia, można z sąsiadami zamienić słówko, poznać twarze i poczuć się jak na studiach!
Zostawiam Was ze zdjęciami sprzed trzech, czy czterech dni : )
Oczywiście - nie obywa się bez przeszkód, bowiem do PL jest niezbyt wiele samolotów (czytaj 1, słownie JEDEN!) z sensownymi cenami. Wizzair bowiem faktycznie ma je bezkonkurencyjne, bo udało mi się zarezerwować lot za 19.9 euro i powrotny za 29.9, podczas, gdy pomagająca mi Smarkata, grzebiąca w innych liniach łapała oferty za np. 500 zł! 700 zł! Nie no, niesamowita okazja, doprawdy...
Moze to moja wina, bo w gruncie rzeczy szukać nie potrafię i błądzę jak ślepiec w tych całych wyszukiwarkach, ale ceny są wysokie.
Minus jest taki, że ja mieszkam ZA ŁODZIĄ, a samolot ląduje w GDAŃSKU : ) którego kompletnie nie znam. Plus jest taki, że z Gdańska do Łodzi jeździ PolskiBus i on ratuje mi pupę : )
Od siebie do Turku mamy 326 km bodajże, albo blisko tej liczny (=/- 5 km zdaje się), więc na samolot na 9:00 musimy zarwać noc. Biedny jest R., bo nie dość, ze uziemiony w pracy, to będzie musiał stukać tyle km sam w aucie. Zawsze się o niego boję, bo mimo świetnego stanu dróg nie można nie brać pod uwagę zwykłego, ludzkiego zmęczenia, prawda?
A on i tak jest wytrzymały. 1.500 km drogi do Polski dzielimy, ale zazwyczaj R. prowadzi, dobrze się czuje za kółkiem i niechętnie zmienia. Ostatnio pozwolił mi jechać dopiero w Polsce, a w drodze powrotnej śmignąć całą Litwę. Najmniej zadowolone z wyjazdów są szczury : ) bimbające się w sporej klatce-pudełku do przewozu na hamaku i obrażone co najmniej dwa dni.
Reasumując - dotrzeć do Łodzi powinnam koło 19:30, a stamtad wystarczy tylko złapać pociąg do domu i stawić się w nim jako niezapowiedziany gość. : ) O przylocie wie moja siostra, natomiast mama dowie się, jak dotrę w progi rodzinnego domostwa, nie będzie się tak stresować.
Panując teraz u nas nieziemskie upały, ale słychać, jak prognozują, że to ostatni taki tydzień już, toteż codziennie jeździmy nad rzekę, badajac każdy publiczny pomost i taplamy się na zaś : ) oraz wędrujemy rowerami wzdłuż niej, zwłaszcza, że miejscowość niedaleko jawi się R. jako doskonałe miejsce do kupienia tam domu. Zrobię kilka zdjęć, bo ilekroć tam jesteśmy, zawsze przywodzi nam na myśl książka słynnej, szwedzkiej pisarki, "Dzieci z Bullerbyn" : )
A teraz lecę, wyciągnąc z pralni rzeczy : ) fajna taka pralnia, można z sąsiadami zamienić słówko, poznać twarze i poczuć się jak na studiach!
Zostawiam Was ze zdjęciami sprzed trzech, czy czterech dni : )
Arbuziki są pychotkowe. Vince potwierdza.
środa, 30 lipca 2014
Mucha w oku.
Po przeprowadzce brakło mi koni.
Zdecydowanie jest to bolesne, dlatego poszukiwania zaczęłam dość szybko, bezskuteczne jednak. Większość koni tutaj to konie do wyścigów (sulky), a zaczęły się wakacje...i ciekawe. U nas sezon to najlepszy okres dla stajni, gdzie po prostu nie bierze się urlopów, bo się to nie opłaca. Fini wręcz przeciwnie : ) z radością wybywają na miesiąc. Także czekam już miesiąc na powrót właścicielki położonej niedaleko stajni. Jedynej z końmi pod wierzch. Drugą, prywatną stajenkę znaleźliśmy przypadkiem, podczas wyprawy rowerowej.
Region, w którym mieszkamy, nazywany jest okręgiem szwedzkim. Z powodu dużej ilości emigrantów z tego państwa, jak się domyślacie. Stajnia, którą znaleźliśmy, jest własnością Szwedki. Kochani, co za cyrk z dogadaniem się!
Ona ni w ząb po angielsku, gorzej ode mnie ;)! Jej córka podobnie. Ale udało nam się umówić na jazdę. Ostrzegały mnie w czasie czyszczenia spokojnej kobyłki w plątaninie kilku jezyków, ze ona lubi wziuuuu. Koń stał spokojnie jak cielę w czasie czyszczenia. Ale zakładając kask poczułam ukłucie niepokoju. Bo jak ona mi to wziuuu! zgrabnie zrobi, to się mogę w Vähäkyrö z rozpędu zatrzymać. A byliśmy w Vöyri. Okazało się jednak, że koń jak koń, a ja na wielu w życiu siedziałam. Prostu w obsłudze, miły, dość do przodu, ale z racji pewnie tego, ze stosunkowo rzadko jeżdżony. Jossu.
Przy okazji udało mi się złapać muchę w oko. Dosłownie! Przydzwoniła mi tak w gałkę oczną, że zabrzęczało mi w tyle głowy. Okazuje się, że tutaj praktycznie nie ma komarów. Ale żaden Fin Wam się nie pochwali, że jest multum GIEZ, które tną, jakby głodowały notorycznie (może i tak jest....). Chodzi się potem w bąblach od stóp do głów, jeśli w stosownym czasie nie zaopatrzymy się na jakiś odstraszacz do tych potworów. Do domu wbija się nam też masa much, które doprowadzają człowieka do szału. Zwłaszcza, jak kotłuje się burza, jest upalnie, to wredne owady poruszają się jak wojsko chyba - całymi plutonami.
I tak, ktoś pisał do mnie z pytaniem, czy mam lato. Mam! Upalne, Gorące lato w lipcu, gdzie każdy dzień lądujemy nad rzeką, w każdy weekend nad morzem i korzystamy : )
Były także białe noce, które nieco rozstroiły nad organizmy. Nauczyliśmy się, ze trzeba zaciągnąć rolety wieczorem, przestawić żaluzje, bo inaczej zwariujemy. Zdarzyło się nad kilka razy o północy jechać na spacer rowerem, żeby się dotlenić przed snem. Wrażenie - jak za dnia, tylko pustawo : )
Teraz odnosze powoli wrażenie, że jesień się skrada już na palcach...
Wszystkie powyższe zdjecia miasteczka robiłam własnie w okolicach północy : )
Te zaś zrobione zostały w czasie wycieczki rowerowej wzdłuż rzeki : ) było piekielnie gorąco, ale pięknie!
niedziela, 22 czerwca 2014
Zmiany!
Odkurzam bloga.
Dużo nagłych zmian w Muminkowym świecie spowodowało, że nie miałam na niego czasu i chęci, a potem chwilę internetu.
Nie mieszkamy już w Kangasniemi, firma w której pracował R. wpadła w tarapaty i musieliśmy się przenieść.
Tak więc z początkiem maja pożegnałam swoje konie, nasze cudowne mieszkanie i wyprowadziliśmy się do Vahakyro, w rejonie Vaasa, Pohjanmaa. Kompletnie i zupełnie różnym od Etela-Savo, bardziej ukształtowaniem przypominającym Polskę. To też region przemysłowo-rolniczy, więc znikneły nasze ukochane jeziora, ale...!
Pojawiło się morze : ) ponieważ Vaasa jest miastem (jednym z większych i najładniejszych!), leżącym w zatoce jakby. : )
Dużo nagłych zmian w Muminkowym świecie spowodowało, że nie miałam na niego czasu i chęci, a potem chwilę internetu.
Nie mieszkamy już w Kangasniemi, firma w której pracował R. wpadła w tarapaty i musieliśmy się przenieść.
Tak więc z początkiem maja pożegnałam swoje konie, nasze cudowne mieszkanie i wyprowadziliśmy się do Vahakyro, w rejonie Vaasa, Pohjanmaa. Kompletnie i zupełnie różnym od Etela-Savo, bardziej ukształtowaniem przypominającym Polskę. To też region przemysłowo-rolniczy, więc znikneły nasze ukochane jeziora, ale...!
Pojawiło się morze : ) ponieważ Vaasa jest miastem (jednym z większych i najładniejszych!), leżącym w zatoce jakby. : )
Pogoda nas tu nie rozpieszcza. Wiosna przychodzi powoli i długo, dopiero przekwitają bzy i róże, a jest od dwóch tygodni chłodno (mimo kilku naprawdę bardzo upalnych dni, które spędziliśmy własnie nad wodą częściowo).
Od dobrych 10 dni nawet jak pojawia się słońce... to jest także po prostu chłodno. 13-17 stopni i bardzo wietrznie. Więc ubrani cieplej robimy po 30 km rowerami, zwiedzając okolice, jeśli akurat nie pada. Niedaleko nas jest miejsce dawnych egzekucji.
Tu zamiast jeziora mamy bardzo spokojną rzekę.
Mieszkamy w wiekszym mieszkanku, już (!) prawie umeblowanym. Mnie czeka w końcu kurs jezykowy z TE (UP), na co czekam jak na zbawienie, bo niestety angielski tu jest powszechny dość, ale nie wystarczający. Fiński i szwedzki wiodą prym, a nasze szaleńcze postanowienie wyjazdu (spowodowane problemami w PL głównie) nie pozwoliło nam czasowo na rozpoczęcie nauki w kraju.
Tak więc... witam z powrotem : )
wtorek, 10 czerwca 2014
piątek, 15 listopada 2013
Pasja.
Miałam kilka brzydkich zawichrowań w ostatnim tygodniu i kompletnie nie zajrzałam tutaj. Dopiero dziś, gdy spokojniej usiadłam, z kakao w dłoni.
Odzyskaliśmy materac!
W właściwie...
Pojechalismy do Jyska po wizycie na policji (przemiła pani urzędnik!), by oddać nasz feralny materac. Baliśmy się trochę, ze nie zostanie przyjęty. Wytłumaczyliśmy po angielsku, co się podziało.. a sprzedawczyni nawet nie zajrzała do niego!
Z miejsca wystartowała i jak gazela, w podskokach, przyniosła nam (ciężki!) nowiutki materac. Prawie klęknęliśmy przed nia, przekonani, że będzie to procedura podobna do polskiej.. podanie, dwa zdjęcia plus paragon- przyjęcie, 2 tygodnie rozważań, czy się nadale, 2 tygodnie na odpowiedź i w końcu - nie przyznamy reklamacji, uszkodzenie wynika z niewłaściwego użytkowania.. a tu? Jeszcze nas przeprosiła. Zszokowani aż kupiliśmy śliczną łopatkę do sera, nowe prześcieradło i trzepadełko w fiolecie : )
I już spaliśmy dziś na materacyku : ) Dexter odzywyczajony, że "coś" stoi w tym kącie biegał wczoraj wokół i sprawdzał, co znowu człowieki przytahały do domu..:)
A ja dziś smętnie zerkam za okno, bo jest buro. Nawet nie zgasili lamp na ulicach. Popaduje, uprzątneli wszystkie liście. Chcieliśmy na łyżwy, ale Finowie nam powiedzieli, że za miesiąc bedzie lodowisko na jeziorze, więc lepiej poczekać. To czekam.
I tęskni mi się za końmi moimi potwornie. Pojeździłabym.
Z tymi końmi to taka ..zawsze przegrana sprawa była. Rodzice się nie zgadzali, wiec jako 10 letni dzieciak za sprzątanie- mogłam sobie wsiąść na kucora na oklep. I na tym wiecznie wierzgającym Kubusiu, srokaczu okrągłym, pomykałam, jak tylko miałam okazję, zazdrośnie łypiąc na zasobnych finansowo, jeżdżacych na "dużych"koniach.
Później udało mi sie zaczepić w prywatnej stajni, gdzie kucyków nie było, a za pomoc (dawanie kolacji koniom, zbieranie z padoków, rozczyszczanie sportowych, lonżowanie) mogłam jeździć dwie kobyłki. Karą Ankarę i kasztankę Bronę (która zostawiła mnie kiedyś zimą na płocie w elegancki sposób "psując" : ) mi kostkę..). Duże były, pamiętam, że ledwie je ubierałam, a do boksu wnosiłam stołek z siodlarni. Ale miłe, fajne, spokojne.
Stamtąd trafiłam do Końskiej Zagrody w Spale, która funkcjonuje i do której zapraszam : )
I potem..to się potoczyło. Skończyłam z instruktorem, pomógło mi się to utrzymywac na studiach, gdzie kilka koni majac pod sobą, prowadzilam rekreację w Młyńskiej Strudze, która teraz już kuleje bardzo ponoć..
Sezony w Funce. Jeśli ktoś szuka obozu dla dziecka- mam niesamowity ośrodek, z któego na pewno będziecie zadowoleni : )
I koniec końcem, mimo protestów moich rodziców, konie są i będą w moim życiu jedną z największych jego składowych.
Dziś śmieszna sytuacja. Dzwoni ktoś do drzwi. Otwieramy, a tam dwóch Finów pakuje się nam do mieszkania, papląc coś w swoim jezyku.
"Kominiarze?" myślę sobie. Bo popędzili do kuchni i patrzę..a oni klękają przed lodówką!
R. miał równie jak ja, mało inteligentną mine.
A oni otwierają!
'kontrola jakości jedzenia.." pałęta mi się w głowie. Kręcą magicznym pokrętełkiem w lodówce, gdy tłumaczę im,że to Polak z góry, coś bąkał,że mu się lodówka psuje. Spojrzeli na nas zdezorientowani, wybuchnęłi śmiechem, przeprosili... i polecieli na górę : )
A szczury znów kichają...
Pozdrawiamy!
moja była trenerka zabrała mnie do Skierniwic, żebym spróbowała jazdy w stylu pewnego francuza. W ciągłym półsiadzie, na luzu wodzy.. ale było zimno, a mnie kapało z nosa ; D
Dwa cudowne wieśniaczki..
Masę koni przewinęło mi się przez ręce. Masę
Odzyskaliśmy materac!
W właściwie...
Pojechalismy do Jyska po wizycie na policji (przemiła pani urzędnik!), by oddać nasz feralny materac. Baliśmy się trochę, ze nie zostanie przyjęty. Wytłumaczyliśmy po angielsku, co się podziało.. a sprzedawczyni nawet nie zajrzała do niego!
Z miejsca wystartowała i jak gazela, w podskokach, przyniosła nam (ciężki!) nowiutki materac. Prawie klęknęliśmy przed nia, przekonani, że będzie to procedura podobna do polskiej.. podanie, dwa zdjęcia plus paragon- przyjęcie, 2 tygodnie rozważań, czy się nadale, 2 tygodnie na odpowiedź i w końcu - nie przyznamy reklamacji, uszkodzenie wynika z niewłaściwego użytkowania.. a tu? Jeszcze nas przeprosiła. Zszokowani aż kupiliśmy śliczną łopatkę do sera, nowe prześcieradło i trzepadełko w fiolecie : )
I już spaliśmy dziś na materacyku : ) Dexter odzywyczajony, że "coś" stoi w tym kącie biegał wczoraj wokół i sprawdzał, co znowu człowieki przytahały do domu..:)
A ja dziś smętnie zerkam za okno, bo jest buro. Nawet nie zgasili lamp na ulicach. Popaduje, uprzątneli wszystkie liście. Chcieliśmy na łyżwy, ale Finowie nam powiedzieli, że za miesiąc bedzie lodowisko na jeziorze, więc lepiej poczekać. To czekam.
I tęskni mi się za końmi moimi potwornie. Pojeździłabym.
Z tymi końmi to taka ..zawsze przegrana sprawa była. Rodzice się nie zgadzali, wiec jako 10 letni dzieciak za sprzątanie- mogłam sobie wsiąść na kucora na oklep. I na tym wiecznie wierzgającym Kubusiu, srokaczu okrągłym, pomykałam, jak tylko miałam okazję, zazdrośnie łypiąc na zasobnych finansowo, jeżdżacych na "dużych"koniach.
Później udało mi sie zaczepić w prywatnej stajni, gdzie kucyków nie było, a za pomoc (dawanie kolacji koniom, zbieranie z padoków, rozczyszczanie sportowych, lonżowanie) mogłam jeździć dwie kobyłki. Karą Ankarę i kasztankę Bronę (która zostawiła mnie kiedyś zimą na płocie w elegancki sposób "psując" : ) mi kostkę..). Duże były, pamiętam, że ledwie je ubierałam, a do boksu wnosiłam stołek z siodlarni. Ale miłe, fajne, spokojne.
Stamtąd trafiłam do Końskiej Zagrody w Spale, która funkcjonuje i do której zapraszam : )
I potem..to się potoczyło. Skończyłam z instruktorem, pomógło mi się to utrzymywac na studiach, gdzie kilka koni majac pod sobą, prowadzilam rekreację w Młyńskiej Strudze, która teraz już kuleje bardzo ponoć..
Sezony w Funce. Jeśli ktoś szuka obozu dla dziecka- mam niesamowity ośrodek, z któego na pewno będziecie zadowoleni : )
I koniec końcem, mimo protestów moich rodziców, konie są i będą w moim życiu jedną z największych jego składowych.
Dziś śmieszna sytuacja. Dzwoni ktoś do drzwi. Otwieramy, a tam dwóch Finów pakuje się nam do mieszkania, papląc coś w swoim jezyku.
"Kominiarze?" myślę sobie. Bo popędzili do kuchni i patrzę..a oni klękają przed lodówką!
R. miał równie jak ja, mało inteligentną mine.
A oni otwierają!
'kontrola jakości jedzenia.." pałęta mi się w głowie. Kręcą magicznym pokrętełkiem w lodówce, gdy tłumaczę im,że to Polak z góry, coś bąkał,że mu się lodówka psuje. Spojrzeli na nas zdezorientowani, wybuchnęłi śmiechem, przeprosili... i polecieli na górę : )
A szczury znów kichają...
Pozdrawiamy!
moja była trenerka zabrała mnie do Skierniwic, żebym spróbowała jazdy w stylu pewnego francuza. W ciągłym półsiadzie, na luzu wodzy.. ale było zimno, a mnie kapało z nosa ; D
Tegoroczne dwa z siedmiu koniurów. W wakacje prowadziłam stajnię w ośrodku jako kierownik i instruktor. Masa, masa, masa pracy...
Masę koni przewinęło mi się przez ręce. Masę
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Panta rhei.
Dawno nas nie bylo. Zdążyła przyjść wiosna, zaziębić nas i rozgrzac, oblac sowicie deszczem i dosyszyc wiatrem. <3 Z nagich galezi...
-
Miałam kilka brzydkich zawichrowań w ostatnim tygodniu i kompletnie nie zajrzałam tutaj. Dopiero dziś, gdy spokojniej usiadłam, z kakao w dł...
-
Tak pomyślałam, ze może kiedyś zawędruje tu jakiś entuzjasta szczurków, a może ktoś po prostu będzie chciał przewieźć do Skandynawii (choć t...
-
Troszkę faktów. W pierwszym roku, pierwsy wyjazd nas jezioro, poranna wizyta u weta, bo pies ma atak paniki w nowym miejscu,w nocy...