środa, 20 lutego 2019

Jak szybko podnieść mi ciśnienie bez kawy.

Marzec prawie za pasem, nowy rok zaczal sie wieloma zmianami, bardziej badz mniej istotnymi, ale wczoraj jak wracalam autem do domu uznalam, ze to bedzie dobry rok. Mimo wszystkich trudnosci, jakie kazdy z nas w życiu ma, teraz te moje wydają się ciut mniejsze, bądź latwiejsze do przeskoczenia, względnie oswajam się z nimi już teraz, bo mam na to czas. Nikt nie wymaga ode mnie bycia kimś, kim nie jestem, nie próbuje wrzucić mnie w tryb w którym sie nie odnajduję czy nie komentuje tego jak żyję w sposób, który sprawia, że mam sie poczuć inna, gorsza i nienormalna.
Powoli zaczynam rozumieć, że trzeba coraz bardziej cenić zdrowie swoje i bliskich, nie tylko ludzi, bo choćbyśmy mieli fortunę, nie da się go kupić.

Chciałabym nauczyc się odpoczywać, zbawienna okazała sie w tym temacie strona Artimento, ktora pozwala mi na stworzenie czegos ładnego, nawet jeśli nie mam ku temu wystarczająco dużo talentu, ale mam dużo zapału : ) włączam audiobooka i maluję, wyciszam sie, wyłaczam i relaksuję.
To jedna z tych form odpoczynku, jakie preferuję, gdy na zewnątrz nadal jest buro, ponuro i zimno tudzież deszczowo.

Zima przyniosla dla mnie jakąś dziwna tęsknotę do koloru czerwnego i takim oto sposobem, w okresie przecen, stałam sie właścicielką dwóch swetrów z Reserved i z przykrością stwierdzam, że jakość ich ubrań z roku na rok jest coraz niższa. Mam brzoskwiniowy sweterek kupiony jeszcze za czasów mieszkania w Wawie, czyli koło 5-6 lat temu i jest w dużo lepszej kondycji niz rzeczy stamtąd będą za rok od dziś. A szkoda, bo marka potrafi zaskoczyć naprawdę przyjemnymi wzorami i liniami...

Bajer czuje sie ciut lepiej, ale w ciagu trzech tygodni postarzał sie o dwa lata. Duzo, bardzo dużo śpi, a ja nienawykła do tego szukam w sieci wsparcia u znawców rasy, podczas gdy on był kłuty 10 dni z rzędu zastrzykami przez naszą cudowną Gosię, by nieco stanął na nogi. Nie jest to jednak ta kondycja i wigor jaki miał jeszcze na początku stycznia. bardzo mnie to niepokoi, zwłaszcza,  ze dzis jest pierwszy dzień bez leków i kontrola na ile pomogłu, a boję sie, że bez wsparcia farmakologicznego będzie cierpiał. Obiecałam mu, że nie pozwolę mu się męczyć i zamierzam dotrzymac slowa.

Warto nadmienić, że jeśli ktoś z zagladajacych tu kiedyś będzie mial psa z problemami z kręgosłupem, warto rozważyc operację. Chociaż:
1. Jest to ogromny koszt; sama operacja to jeden, ale później czeka na nas rehabilitacja. I tu trzeba, po prostu trzeba wziąc pod uwagę wiek naszego psa i jego kondycję fizyczną. Niestety, w naszym przypadku Bajer moze miec koło 11 lat i niestety - zbyt wiele schorzeń, by ryzykowac operację. Bo nawet jesli ją przeżyje to wykończy go rehabilitacja i leki po niej. Dobrze jest przed takimi zabiegami zrobic, wiedząc, ze istnieje taka konieczność, cały panel badań psa-  od krwi, przez serce, rtg i wydolność organizmu, by miec pewność, ze bedzie to zabieg bezpieczny. Trzymam kciuki, jesli ktoś kiedyś będzie do tego zmuszony. My się nie podejmiemy.


2. Dobrze jest miec zaufanego lekarza, który nie będzie sobie na nas nabijał kiesy, a weźmie od uwagę przede wszystkim dobro i komfort zwierzęcia. Nie dajcie sie namówić na tomograf, jeśli nie planujecie operacji.
3. Musimy mieć świadomosć,ze psy sa tak daleko od nas zależne, że bez naszego wsparcia - często by ich juz nie bylo. Powinien być tego świadom każdy, kto decyduje sie bądź życie zmusza go do leczenia długoterminowego psa. Przychodzi moment, gdy trzeba będzie pomóc mu odejść, nie fundować w ramach własnego egoizmu przedłużanego sztucznie zycia w cierpieniu. Sama nadal staram sie z tą myślą oswoić.

Swoja drogą w poniedziałek na jednej z grup facebook'owych rozgorzała dyskusja o obrożach elektrycznych jako elemencie niezbędnym niemalże w treningu czy szkoleniu psa (w tamtym wypadku myśliwskiego), ktory ucieka.
Całym sercem mówie: nie.
Obroża dla mnie to jakaś chora ostateczność, ale i o prostu wygoda kogoś, kto zamiast ciągle sie doszkalać i szukac nowych rozwiązań w wypadku problematycznego psa, sięga po uderzenie prądem. I znam ludzi, który owszem, zarzekali sie: nie! My tylko wibracje  i dźwięk.
Terefere-kuku. Brzydko mówiąc: srali muchy, będzie wiosna.
Wcześniej (zwykle wczesniej, niż później) czy później sięgają po magiczny przycisk z prądem.
Polecam artykuł poniższy odnoszący sie do tematu.
http://coape.pl/obroze-elektryczne-o-czy-milcza-ich-producenci


OE dopuszczam w swojej głowie TYLKO w absolutnie skrajnych przypadkach, a nie takich, ktore wynikaja z lenistwa bądź niewiedzy człowieka, jak z psem pracować. Rozwalił mnie absolutnie argument, że to jedyna metoda, by pies nie ginął pod kołami. Nie rozumiem. Nie ma nigdzie miejsc, gdzie pies zaraz po spuszczeniu ze smyczy nie wpadnie pod auto....?

Dziwnym trafem żaden z psów w naszej rodzinie tak nie skończył. Konczył za to na długiej lince bądź flexy, ale koniec końcow dawał sie wyszkolić na tyle, że nie baliśmy sie utraty kontroli.
Tak jak nie dociera do mnie argument o tym, że to ma zasieg kilometra. Kto gubi z oczu psa pozwalajac mu się beztrosko tak bardzo oddalić?
Aż sie teraz burzy we mnie krew, bo to przecież to samo myślenie, które zapina konie w czarną wodzę  i inne patenty, żey sie "zganaszował".
Gotuj, gotuj, ja sobie poleżę..
I tym mało optymistycznym akcentem, ale optymistyczniejszym zdjeciem o sposobach akrobatycznych na zrobienie sosu do mięsa, zyczę dobrego dnia!

wtorek, 12 lutego 2019

Precz, zimo.


Wyglądam codziennie za okno szukając oznak tego, że zima się wycofuje. W sobotę jechaliśmy autem, a słońce grzało tak mocno, ze jak kot wystawialam do niego twarz i zastygałam w półdrzemce, ładując srogo wyczerpane już baterie.
 Rankami w weekendy marzniemy w stajni, dogrzewamy się kawą z termokubków po jeździe, na spacerach z psem szalik sięga do uszu, a w domu nadal jeszcze dobrze jest owinąć się kocem. A mimo to ja juz  w glowe mam wiosnę za progiem, już czekam na ciepłe powiewy wiatru i słonko rano zalewajace pokój żółtymi przez rolety migawkami.
Zosia na hali w czasie jazd. ;) pelen relaks.

Na razie jednak moja uwaga skupia się w dużej mierze na Bajerze, któremu kregosłup przysiadl znacznie. I nie możemy się łudzić, że będzie lepiej, chcemy dbać o to, żeby nie było gorzej. Leki, zastrzyki które podaje nam cudowna Gosia, powolne, króciutkie spacerki, a pies sam w domu dużo śpi, przedrzemuje dnie, pochrapuje cichutko, i z niepokojem ciągle obserwuję, czy nóżki z tyłu dziś pracują lepiej, czy gorzej, czy dźwigają go lżej, czy z wyraźnym stęknięciem. Siwa mordka jest jakby należała do innego psa, nie tego rudego szkodnika, który miał energii więcej niż terier i nudził się jak mops, więc wędrował po domu co i rusz wymyślając sobie nowe aktywności.
Zabawy węchowe i bałagan po nich.



W związku z ograniczeniem ruchu w domu aktywowaliśmy nos, co okazało się dobrym pomyslem, zajmuje Bajera na chwilę, ale chyba najbardziej cieszy się, gdy odwiedzają go psi przyjaciele i może w spokoju spędzić z nimi czas. Toteż z chęcią zapraszamy do siebie przyjaciół z futrzakami.
Tylko mnie nieco łamie się serce jak widzę, że po 10 minutach zabawy łapki mu sie rozjeżdżają, a spod fafla dobiega cichutkie posapywanie, bo zasnął zmęczony.
Dobiegamy już na krótkich łapkach do mety, powolutku...


A w weekend mieliśmy okazję dzieki mojej siostrze napić się jednorożcowego wina, które nie powala smakiem, ale nadrabia walorami wizualnymi : ) polecamy każdemu!



A z rzeczy kobiecych - polecam szczotkę ze zdjęcia każdej posiadaczce gęstych, trudnych do rozczesania włosów, albo każdej, która lubi mega przyjemny masaż głowy za 11 zł :)
Zaklinam wiosnę żółtym płaszczem :)

środa, 6 lutego 2019

Do wiosny.

Dni lecą jak szalone.

Przed chwilą był wieczorny chłód nadchodzącej jesieni, potem mokre, rozciapane deszczem ścieżki w burym lesie w listopadzie, szybki mróz w parku grudniem i mokry śnieg przed świętami. Przed chwilą odliczałam z lękiem dni do końca poprzedniej pracy, a dziś jestem już ponad miesiąc w nowej i nawet udalo mi się jechać do Finlandii na kilka dni. Jedno z moich ukochanych miejsc na ziemi nie zawiodło mnie - powitało srogą zimą (od -15 do -28 stopni mrozu!), wielkimi hałdami śniegu, grubymi płatkami sypiącymi się tak gęsto, ze nie widać było drogi przed nami w czasie porannego spaceru do biura, żelkami w markecie i zapachem, który jest tylko tam. Pamiętam jak pierwszt raz weszłam do K-marketu i ten zapach towarzyszy mi we wspomnieniach do dziś, niezależnie od tego gdzie ulokowany jest sklep.
















Nuuskamuikkusen

Nakupiłam żelek, przeżyłam najgorszą w życiu noc z grypą jelitową, zmarzłam za cała polską zimę i smutno mi było ogromnie, gdy trzeba było wsiadać do samolotu z powrotem i pożegnać się ze słowem luottamus.
Teraz i w Polsce zawiało, zaśnieżyło i zabieliło nieco ulice, aczkolwiek mam świadomość, że to wszystko zniknie wraz z nadchodzacym w weekend ociepleniem.
Moje osiedle o 4 rano z niedzieli na poniedziałek.
Bajerowi siadł nieco kręgosłup. jest na lekach, ale wył z bólu i schody okazały się przeszkodą nie do pokonania, łapki nie chciały go nosić.
Tak więc zamiast siedzieć w domu w weekend i wygrzewać się - zagrypieni jechaliśmy do weta szukać pomocy.
Po wizycie odsypiał cały dzień. I całą noc. Moj kochany nochal.
...Ale potem juz broił. Zastanawiamy się nad Timonem, sytuacja rozwiąze się jednak w kwietniu.

"Ogarniałem zabawki ja samotny, jak tyś bawiła się w najlepsze w pracy!"
Na szczęście mamy wokół cudnych sąsiadów i znajomych, którzy podrzucaja nam pomysły jak tego basseta niczym emeryta zbt energicznego w sanatorium uchować od zamordowania. Bo w momencie maksymalnego ograniczenia ruchu jak się wyspał, wyleżał to okazuje sie, że się staruszek nudzi niesamowicie. A co się z tym wiąże - nie daje mi żyć. Smęci, miauczy, wzdycha, jęczy, marudzi niemożebnie, a nocami łazi po domu jak jakiś duch i stęka. Kong, szperanie za pochowanymi smaczkami, piłki, gryzaki - wszystko jest w ruchu. Musi wytrzymać chociaż tydzień.

Tymczasem ja kupiłam piękną sukienkę w Stradivariusie na lato, myślę o sandałkach i nowych bryczesach, czekam na wiosnę i lato, ciepłe, pełne słońca poranki lub deszczowe, nagrzane, parne, grzmiące burzą popołudnia. Czekam na wybuch zieleni i lekkie buty. A w weekend jedliśmy raki...


Przymierzam się też do robienia własnej chemii w domu. I nie, nie będę Breaking Bad's ;) chciałabym jednak poszperać w przepisach na proszki do prania, czyszczenia, płyn do płukania... może wyjdzie taniej, a na pewno zdrowiej. Znalazlam też orzechy do prania, tylko jeszcze nie mam odwagi się ku nim zwrócić. Moze ktoś ma juz podobne doświadczenia i może się nimi podzielic?

Tymczasem z nadzieją, ze nie bedzie lać w weekend uciekam popracować.

czwartek, 17 stycznia 2019

2018/2019

2018 rok byl jednym z najtrudniejszych, jakie mialy miejsce w moim zyciu.
Zdrowo pokiereszowany, zaczal sie paskudnie, do wiosny chwial sie w posadach i wszystko co sie dzialo pietrzylo paskudne odczucia wzgledem siebie i tego, co potrafie, jaka jestem i co sie ze mna dzieje. Dolozyl sie do tego ktos, jak to bywa w zyciu. 


Zamkniecie tego etapu, za drugim razem, obydwa zjadly mnie nerwowo, uwolnilo mnie na wielu plaszczyznach i dalo sile, by walczyc tam, gdzie wczesniej z powodu powyzszego - nie mialam sily walczyc. W efekcie czego znalazlam czas i na wyjazd do pracy do Mikomanii, który mimo ze byl fizycznie bardzo meczacy, pozwolil mi na psychiczne odsapniecie od biurka, a do tego dal szanse poczuc, ze mozna pracowac ze znanymi sobie od lat ludzmi i nadal miec ich niedosyt.
Konie jak zwykle zadzialaly terapeutycznie, a do tego spacery z psem, jezioro i nowe znajomosci daly mi sile. W pracy ludzie z najlepszego teamu na ziemi, zebym nie wypadla z obiegu, zrobili mi na biurku wlasna, prywatna stajnie, a do mnie dotarlo, ze swietnie jest miec prace do ktorej wracasz, bo sie stesknilas nawet za swoim biureczkiem.

żagle przyniosly mi nowa relacje, spokój i cieplo, a co za tym idzie zmiany w zyciu, które tym razem wskakiwaly na swoje miejsce jakby mialy sie tam po prostu znalezc, tylko zajelo to ciut wiecej czasu.
Co prawda nie kazdemu sie to podobalo, a ilosc wyrazanej w kazdej formie niezgody na to, co robie w zyciu byl tak wielki, ze przeszedl moje najsmielsze oczekiwania... 

Okazalo sie, ze ten paskudny rok owocowal kilkoma niesamowitymi ludzmi.
A takze stratami. Pozegnalam, niespodziewanie, konia, dzieki któremu nauczylam sie masy pokory, a takze mialam okazje poznać jedną z najlepszych trenerek w calej Polsce, która w koncu, szukana chyba cale zycie, potrafi palcem pokazac "Tu i tu nie dziala, bo to i to." A do tego potrafi powiedziec jak sobie z tym poradzic i uczy czekania na konia. Bez przemocy, agresji, w sposób totalnie uczciwy wzgledem siebie i zwierzaka pokazuje najlepszego drogi do porozumienia.

Odszedl kon, a dwa dni po nim okazalo sie, ze mój pies takze jest powaznie chory i tak naprawde, to nie wiadomo ile czasu jeszcze mu zostalo. Coraz ciezej mi z ta wiedza, gdy widze jak w trakcie zabawy nagle baterie odmawiaja mu posluszenstwa i zapada zupelnie niespodziewanie w gleboki sen. Schudl, posiwial, ale jedno nie zmienilo sie juz kolejny rok - marudzi jak zawsze, z jednakowa energia dopominajac sie tego, co w basseciej glowie, absolutnie mu sie nalezy. Co za jego zdrowiem idzie - udalo mi sie znalezc cudowna klinike "Na Zlotnie", która polecam kazdemu zwierzolubowi w Lodzi. Niesamowite "ciocie", profesjonalizm i dobra atmosfera sprawiaja, ze mój czesto bywajacy tam pies wbiega do srodka radosny, a dopiero w gabinecie mu sie przypomina, ze niekoniecznie wpadl w odwiedziny.

W ostatnich chwilach roku zdecydowalam sie tez na zmiane pracy, a to juz okazalo sie olbrzymim wyzwaniem. Zostawilam swoje ukochane biureczko i gromade cudnych ludzi i od 2.1 próbuje odnalezc sie w zupelnie innych rzeczywistosciach. Bedzie ciezko.
Z wiekiem coraz bardziej uczę się dostrzegać spokój wolnego czasu, coraz częściej chce mi się minimalizmu w życiu, cieszenia się chwilami, które uciekają, maksymalnie. Coraz bardziej widzę zło czające się w pośpiechu, łakomość adrenaliny i ciągłego pędu, który wpycha nas w sytuacje złe i niepotrzebne, a przy tym krzywdzące innych. Po latach tułaczek i zmian coś we mnie dopomina się spokoju, ciszy, niespieszności i zwolnienia, dobrego, gotowanego w domu jedzenia, lampki wina z przyjaciółmi w wolny wieczór, wczesnym porankiem wypicia kawy nad jeziorem, gdy jeszcze nie mąci ciszy obecność innych. Brakuje mi tego przysiadania nad pięknem, odsuwam turpizm i groteskę, może banalnie wolę jednak pozachwycać się śniegiem, bielutkim przez chwilę jak włosy babuszki, w którym grasuje mój pies. Ciepłem mieszkania, do którego wracam, dobrej herbaty czy kawy, spokojnie zjadanego w piżamach śniadania.
Nigdy tego nie umiałam, w pędzie jaki sobie narzuciłam zanim się zorientowałam juz miałam pościelone łóżko i byłam ubrana, jedną ręką zdejmowałam pranie, drugą robiłam kanapkę. Juz w głowie mnożyły mi się plany, szybko, natychmiast - staram się to opanowywać. Uczyć sie, ze nie nad wszystkim mogę sprawować kontrolę, ze są rzeczy niezależne ode mnie i takie, na której nigdy nie będę mieć wpływu.
Uczę się ufać ludziom, a to jedna z najtrudniejszych lekcji dla mnie, bo znów nie wszystko zależy tylko od mojego podejścia, checi i szczerości, ale od postawy drugiego człowieka.
Prawdą jednak jest to, ze wycofałam się od powrotu do PL z wielu relacji, nie wchodzę juz w znajomości z taką latwością, wietrzę nieświadomie podstęp i niestety, ograniczyłam marzenia do podstaw, by więcej nie dać się ponieść nadziei. Nic nie bolało mnie w życiu bardziej niż zabranie mi wszystkiego, na czym mi zależało, o co chciałam walczyć i czym cieszyc się z kimś.
Uczę się trochę tego na nowo, ale na razie to dwa kroki w przód i trzy w tył.




Mieszkam w tym samym miejscu od ponad półtora roku, uwielbiam każdy kąt tego mieszkania i w najbliżyszych tygodniach będę starać się przeprowadzic (w zwiazku z idącą wiosną!) generalnie porządki, by pozbyć się rzeczy zbędnych i oczyścić przestrzeń.
Odkryłam zalety Artimento i to, jak bardzo odpręża mnie malowanie wcale niełatwych obrazów po numerkach, że jak skończę jelenia od K. - na pewno zakupię kolejne podobrazie.
Czekam na wiosnę. Wybuchy zieleni i ciepła, na gęsty las i zapach żywicy, miast burości która spowija Łódź teraz. Zaraz przyjdzie - prawda...?

niedziela, 18 czerwca 2017

Forever young.



Po raz drugi w życiu dane mi było obejrzeć finał "SoA".
Dla nie wtajemniczonych: moim zdaniem najlepszy serial, jaki napisano i stworzono.
Szczególnie cenię sobie w nim muzykę, od pierwszego, do ostatniego sezonu, od pierwszego odcinka, do ostatniego.
W chwili, gdy to piszę siłą uciszony zegar dziadka M. próbuje odegrać swoich dziesięć taktów.

Piję letnią już, zieloną herbatę jaśminową Dilmah i trochę łapię oddech.
Chciałabym wrócić do pisania regularnie, jak kiedyś, na swoim poletku w sieci, które przestało istnieć.


Układam się na nowo. Odganiam przy znanej muzyce dawne wspomnienia, nadbudowując na ich fundamentach nowe.
Staram się na starych ścieżkach stawiać zupełnie nowe ślady, łapać chwile, które im cenniejsze, tym ulotniejsze. Jadam truskawki tego lata, pierwszy raz od kilku lat polskie, oprószone jeszcze kurzem, piaskiem trochę zgrzytającym w zębach, zniosłam wiechć jaśminu do taniutkiego wazonika z Kauflandu.

Trochę moich rzeczy zostało w Finlandii, trochę za nimi tęsknię. Czy to, że mamy coś, co ciągniemy ze sobą, jak kubki, ulubiony sweter, świeca czy krówka po babci oznacza, że jesteśmy materialistami?

                                    
Mam takie rzeczy. Wędrują ze mną czasem tysiące kilometrów, naładowane jakimś specyficznym, mocnym pokładem emocji i nie lubię, nie chcę myśleć nawet o rozstaniu się z nimi.

W zyciu specjalne, nieco podśmierdujące miejsce zajął ten pies. Ponoć w życiu nie ma przypadków i może faktycznie - inaczej wszystko by się wszystko układało, może ciężej byłoby mi się do wielu rzeczy zmobilizować, gdyby nie on. Czasem doprowadza mnie do szału, nie jest psem z dziecinnych opowiadań, bezproblematycznym, cichym, niezwykle mądrym. Jest doklejonym do mnie na krótkiej pępowinie, nieco niezdarnym, nieco nachalnym w swoim uczuciu stworkiem, ale nie wyobrażam sobie pozbyć się go, łamać mu serce po raz kolejny, chociaż bywają momenty, gdy jest ciężko.




Teraz też siedzi i ślini im stopę obficie, bo pochrupuję chrupki, na które ostrzy sobie zęby, a jeść nie może.

Zadziwiające jest, jak szybko biegnie czas. Jakby każdy z zegarów miał dodatkowe, napędzające się bateryjki, nie wiedziec kiedy z 9.00 robi się 12.00, z 12.00 - 15.00 i za chwilę już wieczór, juz noc, już zapadł zmierzch, juz niebo przesłoniło się pastelami, a one przeszły w szarości i granat.

Dziś czekała mnie niesamowita niespodzianka. Napisała do mnie moja była luzaczka, teraz instruktorka. Od dawna nie rozmawiałyśmy, ale przekazała mi, że w stajni w której pracuje moi byli uczniowie w przeróżnym wieku nadal, po wielu latach,jakie minęły od wyprowadzki z Torunia, nadal o mnie mówią.
I mówią dobrze.

Czasem myślę, że mój stamtąd wyjazd był największym życiowym błedem. Popełniłam potem podobny, jeszcze raz. I dziś mówię: nigdy już. Nigdy juz stawiania swojego życia na szali, by dopasować się do czyjegoś kosztem wszystkiego, co miałam. Bo w ostatecznym rozrachunku - to ja muszę budować wszystko znów od zera, jak wieczny włóczęga.
Od nowa stawiać drobiazgi, próbując dojść do rzeczy większych.
Zostało mi z tego jedno: nieufność. Nieufność w słowa, w gesty, w relacje międzyludzkie.
Została mi wiedza, że często wszystko jest dobrze tylko wtedy, gdy dopasowujemy się bardziej, bądź mniej świadomie do czyjejś o nas wizji. A gdy wychodzimy z niej, choćby piętą, zaczyna się piekło. I nie ważne ile ma się lat - nagle można poczuć się naprawdę jak skarcony, ledwie zaczynajacy swoją przygodę z dojrzewaniem, nastolatek.
Ale jednocześnie narasta we mnie bunt - wobec tych, którzy sami nie mając poukładanego życia wymagając od nas kuszą się na niepokorę wydawania ostrych, często krzywdzących nas opinii, mierząc nasze życie własną miarką.
I gdzieś z czeluści pamięci wyrywa mi się sentencja, brzmiąca moze zbyt patetycznie, ale w sumie bliska prawdzie: nie umrzesz za mnie, więc nie mów mi jak mam żyć.

Dojście do punktu, w którym faktycznie będę mogła tak żyć, zajmie mi zapewne wiele potu i jeszcze więcej łez. Ale ja też mam marzenia, które chciałabym spełnić. Za taką, czy inną cenę, bo ta zawsze jest.
Zawsze podziwiałam i podziwiam M. za to, że często podejmuje decyzje świadom, iż niekoniecznie będą się wszystkim podobać - i nie ucieka od konsekwencji. Bolą go, uwierają, kłują, ale on zostaje zgodny ze sobą.
Ja jestem jeszcze zbyt elastyczna, zbyt miekki mam kark, ale powoli. Powoli i tego się pozbędę.




Zostawiam dziś już ten dzień z różowawymi kosmykami. Dobranoc.
Dobranoc.


poniedziałek, 8 maja 2017

Szkiełko.

Nie ma już wokół mroźnej, wilgotnej nieplanowanymi opadami Finlandii.
Nie ma domu, w którym kręciłam się w wolne dni w zapachu kawy i ustawiałam nowe dekoracje wraz z nadchodzącymi świetami czy zmieniającymi się porami roku.
Nie ma już mojego konia, nie ma moich ścieżek w lesie, nie ma chłodnego lata, nie ma szczurzych podróżników.
Od końca stycznia jest Łódź, od dwóch lat Bajer, chorowity basset, jest bura, zimna i deszczowa wiosna, jest nieduża kawalerka w nieprzyjemnej dzielnicy.
Jest sporo przemyśleń, których miało nie być, dużo zgruzowanych planów i marzeń, do których nie doszło, ale przecież ponoć zawsze można sobie wyobrazić inne. Na ten moment trochę mi w tym wymyślaniu koślawo, więc skupiam się na prozaicznych marzeniach - dotyczących na przykład najbliższego weekendu bądź zdrowia psa, któremu uaktywniła się zapalona trzustka, rujnując większość wolnego czasu na rzecz stresu, zastrzyków, wycia z bólu, zarwanych nocy i obaw, czy wszystko się unormuje.

Przecież to chyba ta ironia losu, o której mówi się tyle w życiu, ale mało z niej rozumie.
Jeśli chcesz rozśmieszyć bogów - opowiedz im o swoich planach.
Sprawią, ze przyjdzie nam przemeblowywać życie, przesadzać zapuszczone korzenie, odcinać uschnięte gałązki i znów czekać na wiosnę.
Tylko jakaś wiara w niemożliwą moc we mnie troche jeszcze zimuje, drzemie i nie ma zamiaru się często budzić, choć miewa przebłyski, jak puszczone ukradkiem pąki.

Dochodzę po latach do wniosku, że żadne piwo pite w parku kiedyś - dziś nie będzie smakować tak samo.
Każda chwila kiedys magiczna, bo udoskonalona naszą pyszałkowatą pewnością, że już o życiu wiemy wszystko, jest nie do powtórzenia. Bo wiemy, jak mało wiedzieliśmy, wiemy, jak mało wiemy nadal i na wiedza bywa przerażająco paraliżująca.
Ta samotność, która kiedyś wydawała się nam tak pociagająca dziś jest jak coraz bardziej grząskie bagno, pokryte kożuchem z murawy po której stąpamy ostrożnie, by przypadkiem nie pękł nam pod stopami.
To wszystko, co myśleliśmy, że po prostu się ułoży - nie układa się tak zwyczajnie.
I nic nie jest w stanie tego zmienić.
Może kiedyś faktycznie - niczego nie będzie żal.
Ale jak każde nowe buty - trzeba je rozchodzić. To życie, nowe jeszcze przecież znów, nieco niepewne.


I uśmiechamy się coraz rzadziej, coraz niepewniej.

środa, 15 października 2014

Piórko na dłoni.

Dawno nie pisałam.
Nienawidzę jesieni, mówilam już?
Nie znoszę jej kolorowości, złota, burgundu, brązu. Nie znoszę. Jak je widzę rano, to od razu mam ochotę zakopać się pod koc i jak nie-dźwiedź przespać całą zimę.
Jesienią bowiem zawsze dzieje się źle u mnie, nas. Nie wiem, czemu, taka kolej rzeczy. Uspokaja się, gdy rano widzę na nagich drzewach szron, dachy posypane cukrem i samochodów do skrobania. Jak dziś. Zima przynosi ukojenie, jesień mną potwornie szarpie. Czas zachodów, zakończeń, umierania.

Jakiś czas temu pisałam, że nasz szary szczur, Dexter, miał wylew. Sytuację, mimo, że wydawała się byc krytyczną, udało nam się opanować. W 5 dni, od poniedziałku do piątku. W piątek Vincent stwierdził, że ten guz, co jest do zbadania we wtorek można rozdrapać i własnołapno-zębnie usunąć. I rozdrapał. Zero pogotowia dla zwierząt, 21.00, a my trzymamy wściekłego jak osa białasa, myjąc guziola i starając się nie dopuścić do kolejnego rozdrapania strupków. Podczas tej czynności Dex biega po łazience, włażąc mi na stopy i kradnie przysmaki dla nich, którymi staraliśmy sie utrzymać na miejscu i udobruchać V.
W poniedziałek weterynarz. Guz do usunięcia, termin: środa. Szczury bardzo, bardzo źle znoszą narkozę. W czwartek uśpiono go na moich rękach, Erika zabrała do zabiegowego. Bałam się o wybudzenie, więc zjadlam czekając wszystkie paznokcie. Dostał wybudzacz, o 15. miałam go już z powrotem i otumaniony narkotycznym snem na dzień dobry zacisnął mi ząbki na palcu. Doszedł do siebie o 4 nad ranem. Może 5.

Jak on doszedł do siebie przyszlo pilnowanie szwów. I wtedy Dexter dostał kolejny atak. Dusił się, rzęził. Udało nam się ubłagać panią, która ma klinikę dużych zwierząt, całodobową, by nas przyjęła. Zrobiła to zła, wściekłą i nabzdyczona, a widząc, że prawie płaczę z rozpaczy, że mi mój myszak zaraz zejdzie zamilkła zupełnie. Dostał zastrzyki. Dwa. I taką cenę, że prawie klękneliśmy, jak nam powiedziała ile chce.
Z powodu jej złego nastawienia dzień później pojechalismy do siebie do kliniki. RTG, które było ogromnym problemem, szczur źle oddycha, jedno płucko zajęte, ale powinno być lepiej, niż było. Dostał leki.
I złą diagnozę. Dwa dni później zaczął się dusić wieczorem. Baba od koni nie odbiera, mam tylko przeciwbólowy.
Dyszał, klikał i dusił mi się na rękach całą noc. Dexter, który nigdy nie był przylepą nie zszedł mi niemalże całą noc z kolan... o 8 z płaczem dodzwoniłam się do lecznicy. Obydwoje byliśmy wykończeni. Vince wariował w klatce, gdy nie chciałam go wypuścić zabierajac Dexa do transporterka. Chwilę po 9 pozwoliliśmy mu zasnąć spokojnie.
Wiem,ze się bał, bo mimo tego, że ledwie miał siły się ruszać w transporterze chciał wyjść po mojej ręce i wtulał się w nią. W gabinecie bał się zastrzyku, Rafał z nim został, gdy uśpiono go przed tym ostatecznym. Ja nie dałam rady.
Śpi w ślicznym miejscu nad dwoma stawami, w lesie, pod głazem, a ja nie mogę wciąż dojść do siebie z wyrzutami sumienia, że nie doczytalam, zaufałam weterynarzom. Bo to nie były płucka... a serce. Nad ranem miał wodę nawet w brzuszku.

Kilka tygodni temu zeszła nasza 22 letnia papuga, Gapa.
A cztery dni po szczurku rodzice musieli uśpić 17 letnią sunię, wyżlicę Azę, która dotarła na skraj swojego życia i starość rozłożyła ją na łopatki.
Vince na lekach, bo jedno oczko po operacji przymknięte. Bałam się o guza, ale na razie jest ok, dostaje kropelki. Pierwsze dni był potwornie osowiały, szukał Dextera, a ja nie mogłam pohamowac płaczu. Teraz jest lepiej. Drzemiemy razem, przytula się i .. już nie szuka tak intensywnie.

....
Ale nic nie budzi mnie rano, kicając po gerbera, bo jest głodny. Nikt nie biega po domu za mną jak króliczek i nie wystawia ślicznej mordki z pudełka.
Niby małe zwierzątko, ale w domu nagle połowę ciszej...

Śpij spokojnie, Maleńki.

Panta rhei.

Dawno nas nie bylo. Zdążyła przyjść wiosna, zaziębić nas i rozgrzac, oblac sowicie deszczem i dosyszyc wiatrem. <3   Z nagich galezi...